FELIETONY  ·  RECENZJE PŁYT  ·  RECENZJE KONCERTÓW  ·  WYWIADY  ·  INNE TEKSTY  ·  KALENDARZ KULTURALNY  ·  INFORMACJE  
  Recenzje koncertów
  Lenny Kravitz, Lotnisko Bemowo, Warszawa 2004.06.26
Dobry wujek Lenny

Premierowe występy zagranicznych gwiazd zdarzają się u nas coraz rzadziej. Większość z nich bowiem odwiedziła nasz kraj albo w zamierzchłych soc-czasach albo po roku 1989. Jednym z tych, którzy tego do wczoraj nie uczynili był Lenny Kravitz. I dało się to zauważyć po reakcji kilku tysięcy fanów zgromadzonych na bemowskim lotnisku.


Kiedy dowiedziałem się, że w Warszawie gościć będzie Kravitz pomyślałem sobie, że na tym koncercie warto być, bo czystego w formie i ekspresji rock’n’rolla nie ma we współczesnej muzyce zbyt wiele. A tym bardziej, że niezniszczalni Rolling Stonesi prędzej czy później będą musieli zejść ze sceny. I jeżeli ktoś może ich zastąpić, to właśnie Lenny Kravitz. Bardzo byłem ciekaw jak spisze się w przeznaczonej mu przeze mnie roli...

Zaczęło się niemal tradycyjnie z opóźnieniem. Zagrał pierwszy support, którego nazwy nie pomnę, a po nim łodzianie z Cool Kids Of Death. Ich występ wywołał nieco ożywienia dopiero pod koniec, gdy wokalista pozwolił sobie na błyskotliwą zapowiedź piosenki: To będzie ostatni numer, ale w chuj długi. Cytuję z pamięci, ale gdyby zamienić ostatni słowo na nudny, to byłaby właściwa charakterystyka całego występu CKOD. Zresztą, jak to zwykle bywa na takich koncertach, zainteresowanie większości przybyłych fanów mogła wywołać jedynie gwiazda wieczoru...

Po zejściu CKOD scenę zasłoniły cztery wielkie czarne płachty i zaczęły się przygotowania do występu Kravitza. Dłużący się czas umilały płynące z głośników kawałki Boba Dylana, The Doors czy Boba Marleya.

Start nastąpił kilkanaście minut po 21. Popłynęły pierwsze dźwięki najnowszego singla „Where Are We Running?”, a Kravitza powitała pierwsza i nie ostatnia tego wieczoru, owacja. Jedenastoosobowy zespół i bohater wieczoru szybko wprawili w doskonały nastrój marznącą publiczność. Jak z rękawa sypały się mniejsze i większe przeboje, jak choćby: „It Aint’t Over Til It’s Over” czy „Always On The Run”.

Kravitz zdawał się być w doskonałej formie. Żartował, kpił z naszego zimnego lata, prowadził wokalne dialogi z publicznością. Co więcej, wyjątkowo dobrze wiedział do jakiego kraju przyjechał. Powiedział kilka ciepłych słów o Polsce, Warszawie i poprosił, by rządziła nami miłość. Chwilami czułem się jakby odwiedził nas dobry wujek Lenny i pochwalił za narodową odwagę i postęp, jakiego dokonaliśmy w ostatnich piętnastu latach. Ale z drugiej strony, nie można odmówić mu w tym finezji, a nawet uroku. Za te wszystkie mniej i bardziej ważne słowa otrzymywał tak głośne brawa i pełne aprobaty wrzaski, że w pewnym momencie nie pozwoliły mu one zacząć śpiewać kolejnej piosenki...

Najbardziej szalonym momentem wieczoru była wiązanka trzech wielkich hitów: „American Woman”, „Fly Away” i „Are You Gonna Go My Way”, które zakończyły podstawową część koncertu. Muzycy zeszli bez zapowiedzi, by po chwili powrócić wśród burzy oklasków. Podczas tego swoistego bisu uraczyli nas bardzo ciekawie rozbudowanymi: „I Belong To You” i „Let Love Rule”. Zresztą należy zaznaczyć, że większość utworów odbiegała aranżacją od swoich płytowych wersji. Dużo było improwizacji, solówek, dodatkowych partii gitar czy dęciaków. W pewnym momencie za perkusją zasiadł sam Kravitz, dzięki czemu usłyszeliśmy solidną porcję rocka instrumentalnego.

Koncert był nagłośniony całkiem nieźle, choć miał słabsze momenty, słyszalne zwłaszcza na początku, gdy cześć dźwięku była jakby zasysana i ginęła na krótkie chwile. A wspomniana wiązanka hitów była momentem najgłośniejszym, ale niekoniecznie płynnym i przyjemnym, bowiem średnie i wysokie tony kuły w uszy i odbierały sporo przyjemności. Światła ciekawie zaaranżowane nie powaliły jednak na kolana. Choć uczciwie trzeba przyznać, że miały dość istotny udział w całym przedstawieniu.

Koniec końców, mariaż Lenny’ego Kravitza z rock’n’rollem stał się faktem. Faktem dokonanym na czwórkę z plusem.

Lenny Kravitz, Lotnisko Bemowo, 26.06.2004, Warszawa

fot. Rafał Nowakowski, www.nowakowski.art.pl
 
B. Rzepczyński, 2004-06-27
Tekst opublikowany w www.independent.pl
opinie [7]
 
copyright NOWARZEPA © 2005-2018 Rafał Nowakowski & Bartosz Rzepczyński
Zapoznaj się z Polityką prywatności.
stat24.pl:
odsłony od powstania: 642664
webdesign s4studio.pl