FELIETONY  ·  RECENZJE PŁYT  ·  RECENZJE KONCERTÓW  ·  WYWIADY  ·  INNE TEKSTY  ·  KALENDARZ KULTURALNY  ·  INFORMACJE  
  Recenzje koncertów
  happysad, Klub No Mercy, Warszawa 2004.11.18
Garażowe szczęścia i smutki

Prawda stara jak świat mówi, że najważniejszym sprawdzianem dla zespołu jest koncert. Nie inaczej jest w przypadku skarżyskiego happysad...


Kwartet ten jest dobrze znany warszawskiej publiczności, bo z powodzeniem supportował gwiazdy w Stodole czy na dużych plenerowych koncertach. Wówczas, dzięki profesjonalnemu sprzętowi i potężnej sile rażenia mógł posmakować cóż tak naprawdę znaczy występ na żywo.

W czwartkowy wieczór w klubie No Mercy przekonał siebie i słuchaczy jak można osiągnąć garażowe brzmienie wychodząc z sali prób. Było głośno, surowo i mało selektywnie. Te nienajlepsze warunki okazały się nadzwyczaj korzystne. Delikatna potrawka z punky reggae, popu i rocka, której można było posmakować na debiutanckiej płycie „Wszystko jedno” nabrała nieco pikanterii. Gitary stały się cięższe, bas bardziej soczysty, a perkusja twardsza. I nawet wokal, choć to może złudzenie, poruszał się w niższej tonacji niż zwykle. Wszystko to sprawiło, że koncert zabrzmiał rockowo, no i przekonująco. Gdyby jeszcze nie ciągłe kłopoty z mikrofonem wokalisty i brak świateł scenicznych, to byłoby naprawdę dobrze.

No Mercy wypełniło niemal trzysta osób, wśród których dominowała młodzież w radosnym wieku dojrzewania i buntu. Spory tłumek szalał pod sceną, a znaczna część publiczności śpiewała z zespołem, jeśli nie całe numery, to przynajmniej refreny. A było tego sporo, bo set składał się z prezentacji kawałków z płyty oraz znacznej ilości starych odświeżonych i nowych nieopierzonych numerów. Wśród tych ostatnich na wyróżnienie zasługują: „Piękna” z ciekawym wątkiem instrumentalnym i „Polska” ze względu na tematykę. Z piosenek już znanych gniewnie zabrzmiał „Hymn 78”, sentymentalnie, choć kiczowato „Tak mija czas” i rock-balladowo „Wszystko jedno”. Oczywiście, bardzo ważna jest atmosfera, a tej nie trzeba było specjalnie podgrzewać, bowiem od pierwszych taktów do ostatnich dźwięków podwójnego bisu fani doskonale się bawili. A o to właśnie na koncertach chodzi...

Warto dodać, że jako support zagrał stołeczny Naiv, który ciążył zdecydowanie ku brzmieniom grungowym. Utkwili mi w pamięci dzięki niekoniecznie doskonałemu, aczkolwiek charakterystycznemu wokalowi (gdzieś pomiędzy Dezereterem i Czarnobyl Zdrojem) oraz emanującej energii scenicznej. Oby potrafili ją przelać w przyszłości na laserowe ścieżki kompaktu...

Wieczór melodyjny, czadowy i ciekawy. Chociaż by słuchać koncertu w takich minimalistycznych warunkach trzeba mieć sporo samozaparcia. I miłości... do muzyki!

happysad, No Mercy, 18.11.2004, Warszawa

fot. Rafał Nowakowski, www.nowakowski.art.pl
 
B. Rzepczyński, 2004-11-18
Tekst opublikowany w www.independent.pl
opinie [2]
 
copyright NOWARZEPA © 2005-2018 Rafał Nowakowski & Bartosz Rzepczyński
Zapoznaj się z Polityką prywatności.
stat24.pl:
odsłony od powstania: 642670
webdesign s4studio.pl