FELIETONY  ·  RECENZJE PŁYT  ·  RECENZJE KONCERTÓW  ·  WYWIADY  ·  INNE TEKSTY  ·  KALENDARZ KULTURALNY  ·  INFORMACJE  
  Recenzje koncertów
  Rammstein, Spodek, Katowice 2005.02.21
Ognista podróż

Koncert Rammsteina miał być jednym z najważniejszych wydarzeń muzycznych końca ubiegłego roku. Wskutek działań siły wyższej w osobach białoruskich celników stał się niebanalnym rozpoczęciem nowego rocku.


Zaparkowanie samochodu w poniedziałkowy wieczór w okolicach Spodka graniczyło z cudem, więc występ supportującej Apocalypticy musiałem sobie darować. Nie do końca, jak się później okazało, ale o tym za chwilę...

Ta muzyczna podróż rozpoczęła się, nomen omen, od utworu „Reise, Reise”, tytułowej piosenki z promowanej płyty. Po wstępie przypominającym nieco „Mutter”, działa huknęły. Ciężkie i ostre jak brzytwa gitary oraz powalające swoją siłą bębny. Wokal Tilla Lindemanna pośród tego natłoku dźwięków brzmiał wyjątkowo wyraźnie i jasno. Kolejne piosenki z nowego krążka przeplatane były starszymi numerami. Usłyszeliśmy zatem m.in. „Mein Teil”, podczas którego Lindemann „gotował” w wielkim kotle klawiszowca Christiana Lorenza; „Los”, czyli czadowe spojrzenie na country (z harmonijką!) oraz bardzo entuzjastycznie przyjęty przez fanów protest song „America”, podczas którego Lorenz jeździł po scenie na gingerze. Nie zabrakło marszowego „Links 2 3 4” i pompatycznego „Rammstein”.

Zespół od samego początku, z iście niemiecką precyzją, realizował swój pirotechniczny show. Co jakiś czas Spodek rozświetlały gigantyczne słupy ognia, których ciepło docierało do najdalszych rzędów. Innym razem gitarzystom „płonęły” instrumenty, a w kierunku publiczności strzelały kolorowe race. Duże wrażenie wywarła sekwencja z ziejącymi ogniem muzykami, a także chwila, gdy na Landermanna spadł deszcz iskier. Nie mniej pasjonująca była gra świateł, których repertuar był bardzo bogaty.

Ale nawet najbardziej widowiskowy spektakl nie zastąpi muzyki. A ta była ostra, chwilami nawet jazgotliwa, ale cały czas przebojowa. Niestety, duża ilość elektroniki sprawiła, że instrumenty nie brzmiały zbyt naturalnie. I pozostanie dla mnie zagadką, ile dźwięków faktycznie było dziełem Lorenza czy basisty Olivera Riedla, a ile efektem nowoczesnej techniki.

Trudno natomiast odmówić występowi Rammsteina swoistej monumentalności, a nawet patetyczności. Zresztą, poetyka ich twórczości, a zwłaszcza emploi Landermanna jest mocno nacechowane karykaturą czy nawet szyderstwem. Zespół ironicznie uśmiecha się do publiczności demonstrując mechaniczne ruchy i sprawiając nieco „nadczłowiecze” wrażenie. Kpi ze współczesnego, zunifikowanego świata, choć sposób w jaki to robi może wywołać nieprzyjemny dreszcz.

Zasadnicza część koncertu trwała około osiemdziesięciu minut, po czym Landermann podziękował po polsku za uwagę i zespół zniknął ze sceny. Jednak kilkuminutowa owacja dała efekty i usłyszeliśmy jeszcze bisowy set, w którym najjaśniejszym punktem było wykonanie lirycznego „Ohne Dich” wspólne z Apokaliptyką. A ostatnim kawałkiem tego wieczoru był wyjątkowo nastrojowo zagrany „Stripped” znany z repertuaru Depeche Mode.

Niemiecki zespół udowodnił, że konsekwentne budowanie wizerunku zimnego i nieco cynicznego, ale bardzo energetycznego bandu, daje doskonałe efekty. Polscy fani zaś po raz kolejny pokazali, że potrafią docenić każdego artystę, który szczerze i rzetelnie prezentuje swoje dzieło. Gdyby jeszcze tylko umieć zapobiec kłopotom technicznym, które cechują początek niemal każdego koncertu w Polsce, to byłoby naprawdę wspaniale.

Rammstein, Spodek, 22.02.2005, Katowice
 
B. Rzepczyński, 2005-02-22
Tekst opublikowany w www.onet.pl
opinie [0]
 
copyright NOWARZEPA © 2005-2018 Rafał Nowakowski & Bartosz Rzepczyński
Zapoznaj się z Polityką prywatności.
stat24.pl:
odsłony od powstania: 642673
webdesign s4studio.pl