FELIETONY  ·  RECENZJE PŁYT  ·  RECENZJE KONCERTÓW  ·  WYWIADY  ·  INNE TEKSTY  ·  KALENDARZ KULTURALNY  ·  INFORMACJE  
  Recenzje koncertów
  TSA, Klub Dekada, Warszawa 2005.09.12
Heavy metal blues

Naturalnym środkiem wyrazu dla rock’n’rolla zdają się być raczej sfuzzowane gitary niż wyważone dźwięki basu czy perkusji. Jednak w tej muzyce jest miejsce zarówno dla ostrych riffów, jak i delikatnych muśnięć strun. Kolejnym zespołem, który to potwierdził jest TSA, które zafundowało swoim fanom muzyczną podróż w czasie i przestrzeni.


Warszawska Dekada wypełniła się po brzegi – wszak wieczór miał przynieść niecodzienne zdarzenie. Oto polskie heavymetalowe evergreeny miały zabrzmieć „bez prądu”. Zaczęło się od „Zwierzeń kontestatora”, które szybko przekonały, że siła tej kapeli nie leży wcale w elektrycznym czadzie. Akustyczne gitary i stonowana perkusja nie tylko potrafią opowiadzieć utwór po swojemu, ale również dobitnie podkreślić jego walory.

Takich nowych starych piosenek było sporo. W „To nie jest proste” kilkudziesięciosekundowy wstęp zmylił większość publiczności, a Andrzej Nowak wydobywał ze swej gitary dźwięk bliskie hiszpańskim mistrzom. „Biała śmierć” zmieniła się w „Biały śmiech”, bo Marek Piekarczyk postanowił odpędzić złe duchy. Kolejną zmianą, również tekstową, był „Głodny” czyli „piosenka wyborcza dziadka”, który w refrenie śpiewał: „Wciąż niezaszczycony/ wciąż nienasycony/ wciąż niewybieralny”. Bardzo pięknie i nastrojowo zabrzmiał „List XX”, który ukazał, nie tylko za sprawą harmonijki, bluesowe inklinacje zespołu. Ten utwór skojarzył mi się z Dżemowym „Listem do M.” i myślę, że takie, niekoniecznie świadome, odwołania do zespołu Ryśka Riedla wcale nie są pozbawione przyczyn. Nie tylko chodzi o podobną do Riedlowej charyzmę Piekarczyka, ale również, a może przede wszystkim, muzyczne dokonania Marka Kapłona, który nagrał „Najemnika” – jeden z najważniejszych albumów Dżemu. Dodatkowo, obecny menager TSA pracował kiedyś z Dżemem…

TSA odkryło często przesłonięte przesterami przepiękne solówki Nowaka i głębokie basy Janusza Niekrasza. Zresztą większość piosenek nabrała nowych barw, czasem rozwijając wcześniejsze pomysły, czasem traktując je tylko jako wyjście do poszukiwań nowego kształtu utworu, jak choćby we wspomnianym „To nie jest proste”.

Trzeba powiedzieć, że tego wieczoru lepiej wypadły piosenki spokojne – te, w które wpisana jest dramaturgia. W „Alienie” nie zabrakło miejsca na wspólne śpiewy, a „51” było niemal tak samo wyczekiwane jak sam koncert. Zespół wyjątkowo potraktował „Pierwszy karabin”, który na kilka chwil zmienił występ TSA w prawdziwy hippisowski happening, w trakcie którego Piekarczyk rzucał w publiczność kwiatami, a na koniec wraz z całym zespołem i publiką intonował mantrę „Hare Kriszna”. Duch Beatlesów na pewno unosił się wtedy nad klubem. Ukoronowaniem tego prawie dwugodzinnego setu było przepiękne wykonanie „Trzech zapałek”.

Dobre nagłośnienie, skromne światła (których chwilami było nawet zbyt wiele) i niemal tradycyjnie dobra forma muzyków sprawiły, że był to wieczór wyjątkowy. Pewnie nie tylko dla mnie.

TSA, Klub Dekada, Warszawa, 12.09.2005 r.

PS Za każdym razem, gdy piszę o TSA łatwiej wskazać mi ich plusy niż minusy, przez co sądzić można, że jestem nieczuły na potknięcia, jakie zdarzają się nawet najlepszym. Ale cóż zrobić, gdy Piekarczyk i spółka dają kolejny świetny koncert?!
 
B. Rzepczyński, 2005-09-12
opinie [0]
 
copyright NOWARZEPA © 2005-2018 Rafał Nowakowski & Bartosz Rzepczyński
Zapoznaj się z Polityką prywatności.
stat24.pl:
odsłony od powstania: 652536
webdesign s4studio.pl