FELIETONY  ·  RECENZJE PŁYT  ·  RECENZJE KONCERTÓW  ·  WYWIADY  ·  INNE TEKSTY  ·  KALENDARZ KULTURALNY  ·  INFORMACJE  
  Recenzje koncertów
  Deep Purple, Torwar, Warszawa 2006.10.09
Było tylko dobrze

Choć ostatnią trasę w najsilniejszym składzie – z Ritchiem Blackmorem i Jonem Lordem, odbyli trzynaście lat temu i dziś ich nowe płyty nie są już lekturą obowiązkową dla fanów rocka, to wciąż ich koncerty cieszą się sporym powodzeniem.


Podczas występu gościa specjalnego – grupy SBB, na "Torwarze" było jakieś cztery tysiące osób. Najbardziej zagorzali fani Purpli stanęli na płycie, pozostali zajęli część siedzeń wokół. Zespół Józefa Skrzeka zabrał publiczność w artrockową podróż, która trwała trzy kwadranse, ale zakończyła się, niestety, niesmakiem – sugestiami obsługi technicznej, że czas już kończyć.

Po półgodzinnej przerwie na scenę weszli bohaterowie wieczoru. Zaczęli od wiązanki kilku utworów, którą zwieńczył pierwszy tego wieczoru klasyk – "Strange Kind Of Woman". Ten utwór pokazał, że wokalista Ian Gillan nie ze wszystkimi dźwiękami, zwłaszcza z tymi wysokimi, radzi sobie jak za dawnych lat. Co oczywiście nie przeszkodziło mu otrzymać gorącego powitania – zespół mógł poczuć się naprawdę komfortowo, bo pomimo braku kompletu, fani robili dużo hałasu, ekscytując się każdym słowem Gillana.

Po wymianie uprzejmości i oklasków popłynęły dźwięki "Rapture Of The Deep" – tytułowej kompozycji z ostatniej płyty. Piosenka oparta na riffie z orientalną nutką pokazała, jak świetnie rozumieją się muzycy, grając swoje partie z finezją, ale i odrobiną rock'n'rollowego szaleństwa. Następny - "Wrong Man", z kapitalną wyjątkowo brudną gitarą, zabrzmiał bardzo potężnie. Dalszą część koncertu wypełniły evergreeny przerywane solowymi popisami muzyków. Dobre wrażenie sprawiał Steve Morse swobodnie operując nastrojami – od poruszającego "When The Blind Man Cries" po energetyczny i zdecydowanie hardrockowy "Highway Star", który rozpoczął się od dialogu gitary i basu.

Świetnie wypadł klawiszowiec Don Airey, który dał poszaleć swemu Hammondowi. Podczas swojego kilkuminutowego popisu zagrał od fugi, przez Chopina, po kosmiczne dźwięki a la J. M. Jarre. Jednak ogłuszający aplauz zebrał przede wszystkim za wpleciony w te wariacje fragment "Mazurka Dąbrowskiego". Airey to muzyczny obieżyświat, który ma sobą występy m.in. z Black Sabbath, Rainbow czy Whitesnake. Jego gra – być może mało efektowna, ale z pewnością bardzo efektywna i pełna wyobraźni – była mocnym punktem koncertu.

Usłyszeliśmy jeszcze m.in. "Lazy", podczas którego Gillan zagrał na harmonijce, oraz "Perfect Strangers", a na deser – jak się można było spodziewać – był utwór rozpoczynający się jednym z najbardziej znanych riffów świata – "Smoke On The Water". Oczywiście, w refrenach królowała publiczność, a kiedy wybrzmiały ostatnie dźwięki, muzycy nisko się ukłonili i zniknęli za kulisami. Po kilkuminutowych owacjach, powrócili, by zagrać na dokładkę "Hush" z solówką perkusisty Iana Paice'a oraz "Black Night" – dokładnie w taki sam sposób skończyli swój lutowy koncert w "Spodku".

Nie ukrywam, że oczekiwałem tego występu z dużą ciekawością, ale niestety dobre wrażenia mam tylko z kilku mistrzowsko zagranych dźwięków. Czegoś zabrakło. I nie chodzi o słabą frekwencję, bo to być może spowodowane jest częstymi wizytami DP w Polsce. Chodzi raczej o charyzmę muzyków, a zwłaszcza Gillana, który choć hasał po scenie, udawał grę na różnych instrumentach i wciąż chwalił publiczność, ale pomimo jego szerokiego uśmiechu, nie czułem, że śpiewanie sprawia mu radość. Zresztą, pomiędzy pozostałymi muzykami, choć zagrali bez zarzutu (basista Roger Gloger), bardzo poprawnie (Morse) czy nawet bardzo dobrze (Airey) nie czuć było tej chemii, która powoduje, że każdy wydawany dźwięk jest najważniejszy na świecie. Być może to tylko moje odczucie, a być może po prostu nie każdy jest tak długowieczny jak Stonesi…

Wrażenia zepsuł również nienajlepszy dźwięk – realizator zespołu nie wziął chyba pod uwagę niskiej frekwencji i pozwolił grać Purplom zbyt głośno. Tym bardziej, że specyfika "Torwaru" powoduje, że dźwięk ze sceny wędrował nad głowami publiczności, odbijał się od stalowej konstrukcji dachu i "spadał" na płytę hali, która w niektórych miejscach była zupełnie pusta. Dla mnie był to zdecydowany dyskomfort, ale pewnie większość fanów nie zwróciła na to uwagi.

Gdyby cofnąć się o dwadzieścia kilka lat, to można byłoby traktować ten koncert jako promocję znakomitej płyty "Machine Head", z której zespół zagrał aż pięć kompozycji! Zresztą, chyba nic dziwnego, bo choć ich ostatni album zebrał dobre recenzje, to jednak wiadomo, że bez klasyków się nie obejdzie. A tych na "Machine Head" akurat nie brakuje. Gdyby publiczność stawiła się liczniej, a zespół zagrał z większym luzem, to byłoby wspaniale. A tak, było tylko dobrze.

Deep Purple, Torwar, Warszawa 9.10.2006

Fot. Rafał Nowakowski
 
B. Rzepczyński, 2006-10-10
Tekst opublikowany w www.onet.pl
opinie [5]
 
copyright NOWARZEPA © 2005-2018 Rafał Nowakowski & Bartosz Rzepczyński
Zapoznaj się z Polityką prywatności.
stat24.pl:
odsłony od powstania: 642676
webdesign s4studio.pl