FELIETONY  ·  RECENZJE PŁYT  ·  RECENZJE KONCERTÓW  ·  WYWIADY  ·  INNE TEKSTY  ·  KALENDARZ KULTURALNY  ·  INFORMACJE  
  Recenzje koncertów
  Skin, Klub Stodoła, Warszawa 2006.10.21
Skin and roll

Koncert Skin w Stodole był pierwszym przystankiem na jej europejskiej trasie promującej nowy album "Fake Chemical State". Przystankiem zdecydowanie rockowym i naprawdę gorącym, który niełatwo było opuścić pośród aplauzu ponad tysiąca fanów.

Muzycy weszli na scenę przy dźwiękach tematu z "Gwiezdnych wojen". Skin w różowym błyszczącym sweterku i czarnej pelerynce ruszyła ostro do przodu. Zaczęła od wiązanki trzech utworów z ostatniej płyty – choć pierwszy z nich, "Only Vultures", znany jest tylko z singla "Just Let The Sun". Rockowe riffy i charakterystyczny wysoki, mocny głos natychmiast zadziałały na publiczność. Skin skakała po scenie, stroiła miny i rzucała statywem do mikrofonu. A w przypływie fantazji oparła nogę o ramię jednego z fotografów i czule go pogłaskała. Po tej ostrej trylogii przyszedł czas na pierwszy hit – "Faithfulness" z poprzedniego krążka "Fleshwounds". W tym nastrojowym utworze wokalistka doskonale wymieszała liryzm z czadem. Poetyckie zwrotki przeplatały się z dużo ostrzejszymi niż na płycie refrenami. Dopiero po tej piosence, Skin przywitała się z publicznością i sięgnęła po gitarę, zapowiadając grany po raz pierwszy "Born Again Girl". Po nim nastąpiło dynamiczne, ale lekko melancholijne "Movin'", później "Don't Need A Reason" z soczyście pulsującą sekcją, aż wreszcie nadszedł czas na powrót do przeszłości, czyli do repertuaru Skunk Anansie. Najpierw "Charlie Big Potato" z płyty "Post Orgasmic Chill" – zagrane z dużą dramaturgią i burzą rytmicznych oklasków, a później "Hedonism" ze "Stoosh". Ten największy chyba przebój grupy został na nowo zaaranżowany – nastrojowe akustyczne gitary, nieco zmieniona linia melodyczna i chóralnie wyśpiewany przez publiczność refren.

Artystka zaprezentowała w sumie osiem z dziesięciu numerów z ostatniego krążka, wśród których nie zabrakło singlowych "Alone In My Room" i "Just Let The Sun" oraz "Take Me Own", którego wykonanie mogłoby się spodobać fanom nowego rocka – wyraźna sekcja, proste hałaśliwe gitary i skandująca Skin. Czysty rock'n'roll! Zresztą, cały koncert był wielkim świętem szczerej gitarowej muzyki. Bez udziwnień, z dużą dawką energii i radości. Widać było, że śpiewanie i szaleńcze tańce sprawiają Skin i jej muzykom dużą przyjemność. Ilustracją tej dobrej zabawy mógł być skok ze wzmacniacza jednego z gitarzystów czy wspólne rytmiczne skakanie podczas "Getting Away With It", ostatniej piosenki podstawowego seta.

Po kilku minutach tupania, skandowania i klaskania Skin i spółka powrócili, by zagrać przekrojowy bis: "Trashed" – drugi przebój z "Fleshwounds", "Purple" z "Fake Chemical State" i "I Can Dream" – z pierwszego albumu Skunk "Paranoid & Sunburnt". A potem znów zniknęli, by za chwilę dać jeszcze publiczności nieznany z płyt, ale bardzo nastrojowy "Squander", w którym Skin mogła pokazać swoje niemałe możliwości wokalne.

Występ trwał niespełna półtorej godziny i można byłoby czuć niedosyt, ale z drugiej strony, dawno nie było tak dobrego rockowego koncertu w stolicy. Porządne nagłośnienie – pomimo ostrych czasem gitar nic nie kłuło, nic nie ogłuszało, ciekawe – choć może zbyt jasne światła, no i Skin – zachowująca się jak kokietka, która niby wstydzi się swojej ekspresji, a jednocześnie jest ostra i nieustępliwa. Naprawdę miło było patrzeć, jak tańczy, żartuje z publicznością, i – co najważniejsze – przeżywa każdą piosenkę. Kto nie widział, niech żałuje.

Skin, Stodoła, Warszawa 21.10.2006

Fot. Rafał Nowakowski
 
B. Rzepczyński, 2006-10-22
Tekst opublikowany w www.onet.pl
opinie [4]
 
copyright NOWARZEPA © 2005-2018 Rafał Nowakowski & Bartosz Rzepczyński
Zapoznaj się z Polityką prywatności.
stat24.pl:
odsłony od powstania: 638181
webdesign s4studio.pl