FELIETONY  ·  RECENZJE PŁYT  ·  RECENZJE KONCERTÓW  ·  WYWIADY  ·  INNE TEKSTY  ·  KALENDARZ KULTURALNY  ·  INFORMACJE  
  Wywiady
  z Rafałem KAZIM Kasprzakiem (Alians)
Alians, to jeden z tych zespołów sceny niezależnej, które cenię najbardziej. Po pięciu latach miałem okazję ponownie uczestniczyć w ich niezwykle energetycznym koncercie. Ale przedtem, udało mi się zadać kilka pytań Kaziemu, czyli Rafałowi Kasprzakowi, który śpiewa, gra na gitarze i pisze teksty.

Bartosz Rzepczyński: Wasz pierwszy album „Mega Yoga” mam do tej pory przegrany z kopii kopii kasety (na kompakcie ukazał się dopiero po wielu latach). Gdy go słucham, przychodzi mi na myśl, że Alians to zespół zdecydowanie punkowy. Może niekoniecznie w swoim obecnym wyrazie muzycznym, ale jednak. Czy zgadzasz się ze mną?

Rafał „Kazi” Kasprzak: Oczywiście, trafiasz w sedno. My jesteśmy w dalszym ciągu zespołem w 100 proc. punkowym. Chociaż masz racje, że niekoniecznie w wymiarze muzycznym, bo tutaj pozwalamy sobie na różne zabawy. Natomiast mentalnie i świadomościowo nigdy nie zrobiliśmy sobie jakiejś granicy. Nie było czegoś takiego, że postanowiliśmy akurat w danym momencie cos zmienić. W dalszym ciągu czujemy się tak samo, gdy gramy. A że gramy trochę inaczej... Cóż, nie można przez tyle lat robić tego samego.

Muzyka Aliansu ewoluuje. Na początku był delikatnie urozmaicony punk rock, potem folk punk, teraz niekonwencjonalne ska. Jednak punkowa zadziorność niezmienne pozostaje. Czy to jest tak, że z biegiem lat będziecie zgłębiać określone krainy muzyczne?
W jakim klimacie będziemy grali, tego nie jestem w stanie Ci powiedzieć. Nigdy jednak się nie zgodzę z tezą, że między naszymi płytami jest jakiś duży przeskok. Ruszaliśmy to tej pory w stronę różnych muzycznych tematów, ale to jest naturalne, że w trakcie czternastu lat grania szukamy różnych inspiracji. Jeżeli jesteś cały czas w tej samej stylistyce, to to nie stymuluje, to wykańcza artystycznie, to zabija pomysłowość. Oczywiście byłoby śmiesznie, gdybyśmy na każdej płycie próbowali tworzyć inny styl szukając w ten sposób poklasku. Ale to, że uderzamy w jakieś różne „podszuflady”, to jest jak najbardziej naturalne. Przy czym nie potrafię powiedzieć, jaka będzie może nie najbliższa, ale jeszcze następna płyta. Możemy dalej trwając przy swoim stylu uderzyć w jeszcze inny klimat. I faktem jest, że w tej chwili jesteśmy w takim stadium, kiedy mamy ochotę grac muzykę. Muzykę, która brzmi. A zatem delikatniejszą, bardziej melodyjną. Strasznie nas ostatnio bawi, kiedy na próbach gramy sobie fajnie muzycznie. Natomiast tę zadziorność w sensie mentalnym zobaczysz wchodząc do nas do kanciapy. Pod tym względem jesteśmy wciąż tacy sami.

Idąc tym tropem, powiedz, jak dalece czujecie się muzykami-artystami, a na ile ideologami, piewcami jakiejś myśli. Mam wrażenie, że to też z czasem uległo zmianie.

Wiesz, ideologami nie byliśmy nigdy. Nawet nagrywając płytę „Cała anarchia mieści się w uliczniku” (1996). Ja wiem, że ona jest czasami tak odbierana, ale to jest trochę nadużycie. Nie było nigdy moim zamiarem głoszenie na scenie takiej czy innej ideologii, chociaż swoje poglądy oczywiście mam. I to dosyć mocno sprecyzowane. Jednak na scenie – jako członek zespołu – nie chciałem być formą wyrazu jakiejś konkretnej idei, a już tym bardziej takiej czy innej opcji politycznej. To nigdy mi się nie podobało. Owszem, mówiłem o wielu konkretnych sprawach. Byłem młody, więc pisałem, jak pisałem. A twórczość? Nie jest tak, że uważamy się za artystów, profesjonalnych muzyków, bo niestety bardzo daleko nam do tego. Ale lubimy grać, więc staramy się, by to było dobre.

W utworze „Władcy pustyni” na płycie „Gavroche” śpiewa z tobą Nika z Post Regimentu. Z tego, co wiem, to jedyny taki duet w waszej twórczości. Czy nie kusi was, by w tych „niepunkowych” czasach zaprosić kogoś popularnego? Kogoś, kto zwróci na Alians wzrok i słuch szerszej publiczności, niekoniecznie alternatywnej?

To jest bardzo fajny pomysł. Jestem przekonany, że wiele osób, z tych, które znamy, by się nawet zgodziło. Problem jednak polega na tym, że my jesteśmy dosyć wybredni. Ja nie jestem wokalistą najwyższej klasy, aczkolwiek w ostatnich latach włożyłem w to wiele pracy i myślę, że śpiewam o wiele lepiej niż kiedyś. Nika z kolei śpiewała znakomicie. Ten kawałek, który zrobiliśmy wtedy do dziś uważam za jeden z najlepszych w naszej historii. Ale płyty, które Nika nagrywała potem, dalekie były od tego, co muzycznie mnie inspiruje. I to jest właśnie problem. Ja bardzo często o czymś takim myślę. Sądzę, że byłby to świetny strzał, gdyby zespół Alians nagrał płytę z jakimś ciekawym wokalistą w jakimś fajnym, bardziej otwartym klimacie. Tylko, że ja nie widzę w naszym kraju kandydatów do tego. Są znakomici wokaliści, ale w zupełnie innej stylistyce i nie wyczują naszej jamajszczyzny. Bardzo mi się podoba sposób, w jaki śpiewa koleś z zespołu Cala Góra Barwinków. Ma świetny głos, ale znamy się z nimi raptem trzy miesiące i jeszcze nie wyczułem mentalnie, by mogło coś z tego być.

A gdybym miał ci kogoś zaproponować, np. Renatę Przemyk? Ma silny glos, robi ciekawe rzeczy, pojawia się u niej akordeon...

Ale wiesz, osobowość zupełnie inna. Pomijając całą kwestię organizacyjną tego, to ja mam żonę, która pracuje w takich bardzo kulturalnych instytucjach i – przy całym szacunku – to jest klimat artystyczny, który jest mi zupełnie obcy. Ja jestem człowiekiem o humanistycznym wykształceniu i uwielbiam to, co robię, ale takiego klimatu nie da się pogodzić z punk rockiem.

Powróćmy na chwilę do mojej ulubionej płyty „Cała anarchia mieści się w uliczniku”. Wydaje mi się, że jest to wasz największy sukces (obok najnowszej „Pełni”, która jest dobrze promowana i dość medialna). Do tej pory mówi się, że „Cala anarchia...” to najlepiej sprzedająca się płyta undergroundowa. Uważam jednak, że jest ona czymś więcej niż komercyjnym hitem...

Na pewno. Chociaż ja się uśmiechnąłem, gdy wcześniej rozmawialiśmy o tym tej płycie, bo tak naprawdę – może cię zaskoczę – ale u nas w zespole, to jest najmniej lubiany krążek. Często spotykam osoby, które mówią, że ten album jest dla nich ważny i oczywiście mnie to bardzo cieszy. Ale tam jest jeden problem – nam się nie podoba muzyka na tej płycie. Wtedy wydawca zapewnił nam bardzo profesjonalne warunki nagrywania, ale było to daleko od domu i nie trafiło w nasz najlepszy mentalny moment. I jeżeli ktoś tego słucha jako muzyki i jako tekstów, ale nie wie, w jakim nastroju wtedy byliśmy, to pewnie ten materiał jest w porządku. Jednak ja jej nie wspominam najlepiej, bo nagrywało nam się ciężko i nie było to najbardziej kreatywny okres w zespole. Pomimo, że płyta została tak dobrze przyjęta, to przez następne dwa lata trwał twórczy impas. I ten impas skończył się dopiero, gdy zrobiliśmy album „W samo południe”, który wprawdzie gorzej brzmi, to jednak pozwolił on nam się odnaleźć. Wiedzieliśmy, co chcemy robić dalej.

Po wielu latach odszedł od was współzałożyciel zespołu Dusioł. Zastąpił go Jacek Pióro z formacji Globtroter – swoją drogą bardzo ciekawej, acz nieznanej szerszej publiczności kapeli. Czy ta zmiana wpłynęła lub wpłynie na was muzycznie czy duchowo? Dusioł był przecież bardzo ważna osobą w zespole.

Tak, masz rację. Tylko, że Dusioł w pewnym momencie wybrał niestety styl życia, który z graniem w zespole nie da się pogodzić. Może jak ktoś to obserwuje z zewnątrz, to wydaje mu się, że da się pogodzić, ale my wiemy, że nie. Albo jest zespół albo są rozrywki. Granie wiąże się z rozrywką, ale musza być priorytety. Najpierw jest muzyka, potem jest przekaz. Albo najpierw jest przekaz, a potem muzyka. Albo obydwie rzeczy są równie ważne. Ale używki są daleko, daleko dalej. Jeśli chodzi o Jacka, to wydaje mi się, że należało mu się granie w Aliansie, bo on przez ostatnie lata włożył mnóstwo energii w muzykę i z nic z tego nie miał. Zespół mu się sypał i nie szło to tak, jak powinno. Dużo nam pomagał przez cale lata pracy Aliansu. Był też organizatorem wszystkich naszych rocznicowych koncertów. Zaczął z nami grać już prawie rok temu. Wniósł bardzo dużo, bo uczestniczył w zakończeniu nagrywania „Pełni”. Tam jest część numerów granych przez Dusioła, a część przez Jacka. Przyszedł do nas z nowymi pomysłami. On pochodzi z nieco innej muzycznej bajki i pod wieloma względami dopasował się do zespołu. Zrobił to w twórczy sposób i wniósł świeży powiew. Jest człowiekiem pełnym sił, a to naprawdę się nam przydaje.

Na koniec będzie troszeczkę sentymentalnie. Przez czternaście lat zjeździliście z koncertami całą Polskę i Europę. Staliście się cenionym zespołem i legendą. Pytanie nasuwa się samo – co dalej? Co macie jeszcze do zdobycia? Mam nadzieję, że nie czekacie na Fryderyka?

Nie, oczywiście, że nie. (śmiech) Ale chcielibyśmy częściej grać w takich miejscach jak Stodoła, bo to dobrze stymuluje zespół. Poza tym tak naprawdę nic nie chcemy. Nam jest dobrze, tak jak jest w tej chwili. Owszem, chcielibyśmy, aby infrastruktura muzyczna w Polsce była lepsza. Na tyle, aby takie niezależne kapele jak my, mogły funkcjonować, jak ich odpowiedniki na Zachodzie. I nie chodzi tu o zyski, ale o sam komfort grania. Tam zespoły mają pomoc w organizacji wielu rzeczy, z którymi my się po prostu użeramy. Dla nich są to sprawy organizacyjnie proste i przyjemne. Tylko to bym zmienił. Generalnie, poza tym wszystko nam się podoba.

Ten optymizm jest budujący. Dzięki za rozmowę.

Również dziękuję.

Warszawa, 2.04.2004

fot. Rafał Nowakowski, www.nowakowski.art.pl
B. Rzepczyński, 2004.04.02
Tekst opublikowany w www.stodola.pl
opinie [3]
 
copyright NOWARZEPA © 2005-2018 Rafał Nowakowski & Bartosz Rzepczyński
Zapoznaj się z Polityką prywatności.
stat24.pl:
odsłony od powstania: 659451
webdesign s4studio.pl