FELIETONY  ·  RECENZJE PŁYT  ·  RECENZJE KONCERTÓW  ·  WYWIADY  ·  INNE TEKSTY  ·  KALENDARZ KULTURALNY  ·  INFORMACJE  
  Wywiady
  z Zygmuntem MUŃKIEM Staszczykiem (T.Love)
Z Muńkiem Staszczykiem spotkaliśmy się w jednej z restauracji Cafe Brama. Zbliżający się koncert w Stodole, a także bliska premiera DVD z tegorocznego Przystanku Woodstock sprawiły, że z niemałym trudem wygospodarował dla mnie trochę czasu w niedzielny wieczór...

Bartosz Rzepczyński: Dużo mówi się o tym, że zamierzacie zawiesić działalność zespołu. Zapytam wprost: czy Muniek nadal chce grać w T.Love?

Muniek Staszczyk: To jest skomplikowana sprawa. Dlatego, że jak Muniek ma nie grać, to kto ma grać? (śmiech) Muniek założył z kolegami ten zespół i jest jedyną osobą ze starego składu. W obecnym składzie jesteśmy już dziesięć lat i na pewno jest nam potrzebne jakieś przewietrzenie. Nie ma między nami żadnej kłótni, żadnego mordobicia. (śmiech) Zespół się nie rozpadł i chyba się nie rozpadnie. Wiesz, czasami człowiekowi potrzebne jest przewietrzenie głowy. Ja jestem trochę psychicznie i fizycznie zmęczony. Ta przerwa, która będzie za rok lub półtora - po wydaniu nowego albumu, nad którym pracujemy od ponad miesiąca - bardzo się nam wszystkim przyda. Na razie chcę dokończyć ten rozdział. Tak jak w latach 80. potrzebna mi była przerwa ze względów materialnych, kiedy musiałem wyjechać do Londynu do pracy, tak teraz jest to przerwa artystyczna. Muszę siąść ipomyśleć nad sobą, nad tym jak być lepszym artystą czy tekściarzem. Kazik Staszewski robi dużo płyt i jest O.K. Ja natomiast muszę się zastanowić. Bo jak nagrałeś dużo albumów, to nad każdym kolejnym zastanawiasz jeszcze bardziej. Ja chcę grać w T. Love, tylko może w lekko odmłodzonym, odmienionym czy odświeżonym wydaniu. W takim T. Love, które musi się ze sobą na nowo zazębić. Wydaje mi się, że zaistniała sytuacja starego dobrego małżeństwa, które się nie kłóci, ale które musi się w sobie na nowo zakochać. A teraz kibicuję i Sidneyowi Polakowi, który ma solową płytę, a także Majcherowi i Perkozowi, którzy też coś tam robią.

Wspomniałeś o debiutanckiej płycie Sidneya Polaka, która została bardzo ciepło przyjęta przez publiczność. A nie przyszło Ci na myśl, by tę przerwę wykorzystać na działalność solową?

Na razie myślę przede wszystkim o płycie T. Love. Jest ona dla mnie bardzo ważna, bo na pewno będzie zamykała jakiś rozdział. Będzie ostatnim albumem T. Love na pewnym etapie. Powinna ukazać się za rok o tej porze i będziemy ją promować również koncertem w Stodole. Mamy na razie cztery, pięć piosenek, a chcielibyśmy mieć około trzydziestu, by z tego wybrać z piętnaście. Do komponowania materiału włączyłem ludzi ze starego obiegu, czyli Janka Benedka i Andrzeja Zeńczewskego, a także Olafa Deriglassoffa, który jest naszym kumplem. Ta płyta jest dla mnie w tej chwili najważniejsza i nie myślę o żadnym solowym Muńku. Jak skończę i wydam ten album, to pomyślę. W każdym razie nie wykluczam tego. Nawet kiedyś marzyła mi się płyta z coverami polskimi i zagranicznymi. To zależy oczywiście od możliwości zdobycia praw do wykonywania takich numerów. W swojej historii graliśmy mnóstwo utworów różnych bandów: Iggy Popa, The Rammones, The Clash, Sex Pistols, The Rolling Stones, T.Rex, Boba Marleya, a z polskiego podwórka: Brygadę Kryzys, Kryzys, Izrael, Marka Grechutę. I gdybym myślał o solowej twórczości, to najpierw wydałbym krążek z coveram i z jakąś jedną nową piosenką, by zobaczyć jak działa szyld „Muniek”. To, że jest ogłoszone zawieszenie działalności, to nie znaczy, że każdy olewa obecną działalność. Teraz siedzę i pracuję nad tekstami. Jak się spotkamy za rok, to Ci powiem jak będzie.

Wymieniłeś kilka zespołów, które są Ci bliskie, których covery graliście. Poza tym zrobiłeś kawałek z Krzysztofem Krawczykiem, a później z hiphopową Ziperą. Kilka lat temu funkcjonował projekt Szwagierkolaska. Czy to nie jest tak, że Tobie czy też całemu T.Love, jest za ciasno w stylistyce poprockowej?

Wiesz, ja jestem człowiekiem otwartym. Wyszedłem z pnia punkrockowego nigdy nie grając punk rocka w takich kategoriach jak Dezerter, Armia czy Siekiera. Ale jak zapewne wiesz, zespół wiele przeszedł – teraz jest w trzeciej dekadzie. Inny T. Love był w latach 80., inny w latach 90. I teraz też są inne czasy. Mocno wszedł hip hop, ragga, reggae. My nie będziemy udawać jakiś gości, którzy nagle wchodzą w jakąś modę, ale duety są dla mnie zawsze rzeczą ekscytującą. Lubię się zderzyć z ludźmi, którzy są z innego muzycznego podwórka. Co ciekawe, to te dwa przykłady, które wymieniłeś, wcale mi nie pomogły. Wręcz przeciwnie. Widać, że środowisko muzyczne jest podzielone. Numer z Krawczykiem jest bardziej pozytywnie odbierany niż z Ziperą, co mnie bardzo dziwi. Ja tych chłopaków z warszawskiej sceny hip hopu od lat dobrze znam. Zawsze ceniłem hip hop za słowa. Oczywiście jest mnóstwo powielenia, ale takie klasyczne albumy jak pierwsza płyta Molesty są bardzo dobre. Lubię taką historię blokową, bo sam się w bloku wychowałem i pod tym kątem hip hop jest mi bliski. Jak mnie zaprosił Krzysiek Krawczyk i zaraz potem Zipera to zrobiłem obydwie rzeczy. Jestem przecież wolnym człowiekiem. A jeszcze, tak jak mówisz był Szwagierkolaska. Być może faktycznie ta stylistyka jest za ciasna. Bo pomimo, że T. Love jest bandem rock’n’rollowym i gra różne kawałki, to ja się nie zamykam w jednej stylistyce. Jedni traktują to jako plus, inni jako minus. Jedni powiedzą, że z Krawczykiem to fajnie, inni stwierdzają, że z Ziperą to była komercja. A ja żadnego z tych duetów nie zrobiłem dla pieniędzy, bo ja zarabiam na tantiemach i śpiewaniu w T.Love. Wiesz, nigdy nie dogodzisz wszystkim.

No właśnie, śpiewasz do różnych dźwięków. Ale w samym T. Love również pojawiają się utwory na pograniczu stylistyk. Jest wiele muzycznego żartu, który wielu nazywa kiczem. Czy macie granicę obciachu?

Dla mnie granica, do której mogłem się posunąć, to był utwór „Polisz Boyfriend”. Niektórzy złapali ten utwór, ale wielu stwierdziło, że to przegięcie. Chcieliśmy walnąć z grubej rury taki wiejski utwór opisujący pewne zjawisko. Być może trochę się z tym spóźniliśmy, być może powinno się to ukazać w latach 90., kiedy Tymon z Kurami zrobił podobne rzeczy... Chcieliśmy nagrać utwór będący połączeniem konwencji disco polo z electropopem z RFN-u. Do tego odpowiedni tekst. Ja celowałem w Galerię Mokotów, gdzie chłopcy chodzą z dziewczynami na randkę do multipleksu, bo tam jest cieplej i ładniej niż na zewnątrz. I ta piosenka raczej nie spodobała się fanom. Teraz ciągnie się z nami taka opinia, że jesteśmy tylko żartownisie. Wszystko przez tego pieprzonego „Boyfrienda” i „Chłopaki nie płaczą”, które nagraliśmy siedem lat temu. A płyta koncertowa „T. Live” pokazuje nas na żywo i to jest prawdziwy T. Love – ten, który gra rock’n’rolla. Ta nowa płyta nie będzie taka sama jak „Prymityw”, bo jesteśmy inni niż 10 lat temu i nie potrzebujemy aż tyle energii, ale z pewnością jest gitarowa. I te zarzuty będę starał się teraz odpierać naszą twórczością. Ludzie muszą pamiętać, że nasze żarty – choć bardziej w klimacie politycznym – zaczęły się w latach 80. za sprawą takich kawałków jak „Karuzela” i „Garaż”. „Polish Boyfreind” to jest ostatni żart. I to jest dla mnie granica, której już nie przekroczę. Powiem więcej, dalej mi się nie chce śmiać i nie mam ochoty się wygłupiać. (z pełną powagą)

Dlaczego? Czyżby było u nas tak smutno?

Nie to, że smutno. Po prostu, już się powygłupiałem. Zrobiłem lajtową piosenkę z Krawczykiem, napisałem dla niego tekst, żeby mu się fajnie śpiewało i sam w tym wystąpiłem, bo go lubię. Wcześniej zrobiłem z chłopakami „Polish Boyfriend”. I przez to wszystko tak się porobiło, że jak spotykam naszych fanów, to pytają czy na nowej płycie zmienimy styl czy będziecie się wygłupiać. Wtedy odpowiadam, że my się nie wygłupiamy, że zawsze gramy rock’n’rolla, tyle że po prostu było kilka takich „radiowych” kawałków. No, ale wieść poszła. I oddziaływuje trochę na minus. Ale ja się tego nie wyprę. Ja po prostu chciałem taki utwór zrobić. Lubię trochę kicz, on mnie trochę inspiruje. Natomiast T. Love i jego teksty są zupełnie na poważnie. To znaczy, z uśmiechem i poczuciem humoru, ale jest to kapela, która wyrosła na punk rocku i gra na gitarach. Wiesz, są piosenki radiowe i koncertowe, choć niektóre się pokrywają, jak choćby „King” czy „Warszawa”, które grają non-stop i ludzie wcale nie mówią, że to obciach. Tak czy inaczej, limit żartów się wyczerpał.

Limit żartów wyczerpał się chyba również w naszym życiu publicznym. Powtarzasz, że T. Love wyrasta z korzeni punkowych, ale nigdy nie był zespołem ideologicznym. Przed rokiem w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej” powiedziałeś, że nie będziesz sprzedawał jakiejś ideologii, nie będziesz pisał piosenek-felietonów komentujących bieżące wydarzenia polityczne, wszak w polityce nic się nie dzieje i nie będziesz chamom robił reklamy. Wkrótce potem napisałeś piosenkę „Europolska”, która jest ewidentnie skierowana przeciwko polskiemu ciemnogrodowi spod znaku LPR i Samoobrony. Puściły Ci nerwy?

Tak, puściły mi zwieracze i trochę się przestraszyłem. Rydzyk, Lepper i Giertych stanowili wtedy zagrożenie. Nie wiedziałem, że nasze społeczeństwo jest takie podzielone, że dla niektórych ludzi Unia Europejska to jest jakiś stwór, który nas zabije i zeżre. Nie mówię też, że Unia jest jakąś ziemią obiecaną, rajem na ziemi. Nasz kraj stanął przed trudnym wyborem i stwierdziłem, że trzeba napisać piosenkę o tym. Piosenkę, której i tak nikt nie grał, bo każdy miał to w dupie i stwierdził, że Muniek się skończył, bo zaczyna pisać takie dosłowne teksty. Już wtedy wiedziałem, że jest to numer, który będzie miał krótkie nogi. Ale pomyślałem sobie tak: jak będę starym facetem, to mogą mnie złapać wyrzuty sumienia, że w historycznym momencie jako obywatel tego kraju – do którego zresztą mam wiele żalu i krytyki, wynikającej z troski – nie zabrałem głosu. Uważałem, że musimy wejść do Unii. W przeciwnym razie może nie wróciłaby komuna, choć Unia też jest swego rodzaju komuną, ale byłoby gorzej. Ja wiem, że ludzie biedni są wkurzeni na Unię, ale innej drogi dla naszego kraju nie było. A teraz już widać, że na tym zyskaliśmy. Choć jak będzie dalej, to zobaczymy, bo możemy te zyski przejeść... Uważałem, że należy się w to włączyć jako muzyk, jako osoba publiczna. Nie mówię, że Muńka posłuchają masy jak papieża, ale może paru ludzi dzięki temu pójdzie na referendum i zagłosuje na TAK. I wtedy też wystąpiłem w reklamówce wyborczej. Oczywiście za darmo, choć i tak dostałem za to mentalny wpieprz. Przychodziły maile typu: „Ile kasy za to chuju wziąłeś?” Ręce mi opadły i pomyślałem, że już nigdy nie wezmę udziału w polityce, choć dla mnie to nie była polityka. To był taki wybór jak w czerwcu ’89, kiedy wszyscy opowiedzieli się przeciw komunie. To był ważny moment dla mnie. Mam 41 lat i przeżyłem strajki w stoczni, stan wojenny, pogrzeb Popiełuszki, Jarocin, wolne wybory. Następny wielki ruch to było referendum unijne. Wszyscy inteligentni ludzie opowiedzieli się za, więc ja też. Nawet rozmawiałem o tym z chłopakami z zespołu i Sidney mówił mi, że zarzucą mi politykę. I może miał rację. To fakt, że od takich tekstów był zawsze Kazik i jest hip hop, ale puściły mi nerwy. I choć śpiewałem tę piosenkę na koncertach tylko przed referendum, to się jej nie wstydzę.

Wiesz, gdy tak rozmawiamy, gdy czytam wywiady z Tobą, to przebija z nich baczna obserwacja świata. Chętnie mówisz o sprawach politycznych, społecznych i muzycznych oczywiście. Być może muzyka jako forma wypowiedzi to dla Ciebie za mało. Nie myślałeś, by spróbować swoich sił jako felietonista tak jak Kazik Staszewski czy Maciej Maleńczuk?

Miałem kilka propozycji, ale to kwestia czasu. Mierzi mnie, gdy pomyślę, że miałbym jakiś termin. Ja podziwiam Kazika, że będąc strasznie aktywnym muzykiem jeszcze co tydzień pisze felietony. Wiesz, ja musiałbym co tydzień znaleźć jakiś temat. Wiele gazet chciało mnie wrzucić na taki cotygodniowy etat a’la Kazik, ale to byłoby nie do końca uczciwe, bo nie miałbym na zawołanie weny i musiałbym ściemniać. Nie potrafiłbym ustawić sobie takiego rytmu. Zdarza mi się coś tam pisać, choćby recenzje książek czy płyt w „Lampie i Iskrze Bożej” Pawła Dunina-Wąsowicza. Dużo czasu zajmuje mi muzyka i rodzina. Lubię podróże i kino. W dobie internetu wciąż czytam książki. Oprócz tego czasami człowiek chce iść z kumplami na piwo. Jest co robić. Myślę sobie, że jak będę miał tę przerwę, to może wtedy spróbuję napisać książkę. Ale nie biograficzną, tylko jakaś tam prozę. Szanuję strasznie pisarzy. Wiem też, że Maleńczuk coś popełnił. Mam jakiś taki literacki trip, że mógłbym to zrobić, ale na to trzeba mieć czas i żyć tylko tym.

Wracając do obserwacji muzycznych, czy zauważyłeś coś ciekawego na naszym skromnym ryneczku. Czy pojawiła się jakaś warta uwagi osobowość, czy godna polecenia płyta?

Myślę, że strasznie idzie do przodu to całe ragga-hip hop. Choć jest to w pewnym stopniu przejaw mody. Po koleżeńsku powiem, że płyta Sidneya Polaka jest warta uwagi i te nasze warszawskie zespołu Cinq 5 czy Vavamuffin. W hip hopie jest już tak dużo różnych rzeczy, że już tego nie ograniam. Jest przecież hip hop disco polo i ten uliczny. Ja wolę ten drugi – składy typu: Molesta, Mor W.A., Peja czy Hemp Gru. Słyszałem też demo bardzo ciekawego warszawskiego zespołu Car Is On Fire. Jest to trzech chłopaków, którzy grają trochę jak Franz Ferdinand i jak te inne nowe brytyjskie grupy. Ale nie wiem, jak wyglądają, kim są. Nie mam czasu chodzić po klubach, ale wydaje mi się, że dzieje się sporo. Przede wszystkim przyjeżdża do nas wiele zachodnich bandów – nie mówię tu o tych topowych, bo z tym wciąż jest słabo i przyjeżdżają gwiazdy nieco przyblakłe – ale dużo jest alternatywnych ciekawych grup, które przybywają do mniejszych klubów, typu Lalli Puna. Jest wiele ciekawych płyt i zespołów, choćby The Libertines czy The Strokes. Ale ta gitarowa muza jest wypierana przez hip hop, bo media się boją ją grać. Wiele też się dzieje na scenie reggae. Tyle zespołów czeka z demówkami... Współczuję im, bo wydaje mi się, że nam było łatwiej, bo była mniejsza konkurencja. Coś musi pęknąć w mediach, bo ludzie często chodzą na koncerty zespołów, których wcale nie ma w radio. A stacje są straszenie zachowawcze. Przyjeżdża taki zespół jak Archive i Stodoła jest pełna, grają Komety w Punkcie i też jest full, a przecież ich nie ma w radio i przeciętny odbiorca ich nie zna. To, co sprzedaje się najlepiej wcale nie jest zbyt ciekawe. Wydaje mi się, że przyszedł taki czas, że ciekawe jest to, co pod ziemią...

Opowiedz jeszcze o najbliższym koncercie w Stodole. Czego możemy się spodziewać?

Zaczniemy od nowych piosenek. Będzie ich cztery albo pięć. Wystartujemy w składzie właściwym i po tych numerach dołączy do nas Olaf Deriglasoff, który zagra jako trzeci gitarzystę, by zwiększyć czad. A w secie reggae-old schoolowym gościem będzie saksofonista ze starego składu T. Love Alternative, czyli Tomek Pierzchalski. Jestem bardzo ciekawy tego koncertu. W listopadzie zawsze gramy w Stodole, która jest dla nas najlepszą salą, ale zwykle jest to przy okazji jakiejś płyty, a teraz będzie inaczej. Program będzie taki jak na tegorocznym Przystanku Woodstock, z którego wkrótce ukaże się DVD, a trzeba powiedzieć, że bardzo fajnie nam tam poszło. Mamy w repertuarze 40-50 numerów i będzie to koncert przekrojowy z improwizacją w przypadku ewentualnych bisów. Chcemy zagrać rockowy koncert dla naszych fanów i tyle.

Dzięki za rozmowę.

Dzięki.

Współpraca: Katarzyna Rogalska.

Warszawa, 14.11.2004

fot. Rafał Nowakowski, www.nowakowski.art.pl
 
B. Rzepczyński, 2004.11.14
Tekst opublikowany w www.stodola.pl
opinie [4]
 
copyright NOWARZEPA © 2005-2018 Rafał Nowakowski & Bartosz Rzepczyński
Zapoznaj się z Polityką prywatności.
stat24.pl:
odsłony od powstania: 642981
webdesign s4studio.pl