FELIETONY  ·  RECENZJE PŁYT  ·  RECENZJE KONCERTÓW  ·  WYWIADY  ·  INNE TEKSTY  ·  KALENDARZ KULTURALNY  ·  INFORMACJE  
  Wywiady
  z Piotrem Banachem (Indios Bravos)
Piotr Banach to jedna z najważniejszych postaci polskiej sceny rockowej połowy lat 90. Kiedyś współtwórca sukcesów Heya, dziś spiritus movens projektu Indios Bravos. Wywiad jest fragmentem długiej i bardzo interesującej rozmowy, którą odbyliśmy w pewne zimowe popołudnie w klubie Stodoła.

Bartosz Rzepczyński: W piosence „Drogi” można usłyszeć takie zdanie: Dróg jest tak wiele, lecz nie każda z nich prowadzi do celu. Obserwuję Twoją karierę muzyczną i zastanawiam się, czy już znalazłeś swoją drogę i swój cel?

Piotr Banach: Myślę, że tak. Choć byłoby mi trudno jakoś konkretnie ją nazwać, natomiast myślę, że swoją drogę znalazłem. To wynika choćby z racji mojego wieku i doświadczeń. One pokazały mi, które wybory były słuszne, a które były drogami na manowce. Mam swoją drogę i konsekwentnie nią zmierzam, aczkolwiek nie potrafiłbym jasno wskazać, że moim celem jest to i to. Mógłbym powiedzieć enigmatycznie, że moim celem jest szczęśliwe życie. Czyli takie, które powoduje, że żyje się łatwo, że na łożu śmierci będę mógł powiedzieć: „To było fajne życie.” Jest pewien kanon szczęśliwego życia, ale każdy ma w nim swoje elementy. Wiadomo, że każdy chce by mu się żyło w miarę dostatnio, że chciałby odnosić sukcesy w tym, co go interesuje, by dopieszczać swoje ego. I to są takie rzeczy wspólne dla wszystkich. A oprócz tego, każdy ma jakieś tam swoje małe szczęśliwości, bez których życie byłoby nie do końca spełnione.

Rozumiem, że w szczęśliwym życiu może pomóc „mentalna rewolucja” głoszona przez Indios Bravos? Czy to Twój prywatny sposób na pogodzenie się ze światem czy jest to propozycja dla wszystkich?

Tak, to jest propozycja dla wszystkich. Doskonale wiem, jak to pomaga. Ta „mentalna rewolucja” to takie hasło, z którego tak naprawdę nic nie wynika. Pod które ludzie podpisują sobie różne wartości. Dla mnie to oznacza coś konkretnego... Wiele rzeczy wiedziałem w sposób intelektualny, rozumowy. Dzięki temu, że o nich czytałem, myślałem. I nadszedł taki moment, że je zrozumiałem nie poprzez głowę, ale poprzez serce. Był to proces nie tyle przyswajania tej myśli, ale jej totalnej asymilacji. Wtedy właśnie zaszło we mnie coś takiego, co nazwałem „mentalną rewolucją”. Polega ona na akceptacji tego wszystkiego, co się dzieje. Na próbie okiełznania własnego ego. Polega na próbie nie ustawiania świata do swoich potrzeb, nie oczekiwania od świata, że się do mnie dostosuje, bo ja jestem jego najważniejszą częścią, a jeśli tak nie będzie, to uznam, że świat jest zły. Polega na próbie prawdziwego zrozumienia, że świat jest jaki jest, że jestem jego częścią. I to właśnie mi pomogło. Niby to o czym mówię każdy z nas wie, ale dopiero, kiedy to zrozumiałem tak naprawdę, bardzo mi to ułatwiło życie. I w takim pierwszym zapale neofity, kiedy poczułem, że zaczęło mi się szczęśliwie żyć, kiedy zrozumiałem na czym polega moje miejsce w świecie, chciałem się tym podzielić. Po pewnym czasie, gdy się z tym oswoiłem, zobaczyłem, że do tego trzeba dojrzeć. Pchanie ludziom przed oczy tej „mentalnej rewolucji” tak naprawdę nic nie daje. Każdy musi ją przejść w swoim czasie. I pozostaje ona takim hasłem, które może skłonić kogoś do poszukiwań, ale nie jest gwarancją, że coś znajdzie.

Między wydaniem pierwszej i drugiej płyty Indios Bravos dużo podróżowałeś. Czy te przemyślenia wynikają z poznania innych kultur i konkurencyjnych sposobów życia? Czy gdybyś został w Polsce, to jest szansa, że do tego wszystkiego byś doszedł?

Gdybym został w Polsce, to na pewno byłoby mi dużo trudniej. Kiedy odszedłem z Heya i od razu wyjechałem, to zostałem odcięty – w taki fizyczny sposób – od spraw, które działy się w Polsce. Nie czytałem komentarzy na temat swojego odejścia, nie uczestniczyłem w wydarzeniach związanych z show-biznesem. Po prostu mieszkaliśmy z moją dziewczyną w Paryżu i żyliśmy „życiem francuskim”, czyli wszystkim tym, czym każdy mieszkaniec Paryża w tamtym momencie, a nie tym, co się działo w Polsce. To pozwoliło mi zacząć myśleć i szukać tej drogi, którą powinienem iść, bo wiedziałem, że ta którą szedłem była niewłaściwa. Chociaż nie robiłem nic złego. Ale było gdzieś we mnie takie poczucie, że coś mi ucieka, że marnuję czas na coś, co nie jest tak naprawdę sednem mojego życia. Niby udało mi się zrealizować swoje marzenie i osiągnąłem w muzyce wszystko, co było możliwe: sprzedane płyty, wspaniałe koncerty, fani, którzy akceptowali to, co robię. Ale okazało się, że nie mogę się w tym odnaleźć. Skoro nie mogę mieć wszystkiego, to to, co mam, nie do końca mnie zadowala. I to był błąd w moim myśleniu. Wiedziałem, że muszę stanąć z boku, by to zobaczyć. Przeczuwałem, że jest nie tak, ale nie wiedziałem, jak powinno być.
Mój wyjazd do Paryża, a potem do Tokio i Aten, pozwolił mi oderwać się od tych spraw związanych ze mną jako muzykiem, jako kimś, kto zrobił jakąś karierę. I mogłem przyglądać się sobie poprzez przyglądanie się innym ludziom. Byłem tam w charakterze gościa – bo moja dziewczyna pracowała jako modelka – i miałem dużo czasu na przemyślenia. Gdy ona miała jakąś sesję zdjęciową, to ja chodziłem po muzeach w Atenach. I właśnie w muzeum doznałem pierwszego olśnienia. Przesiadując tam zobaczyłem gromady turystów – ludzi, którzy tylko przebiegają koło eksponatów. Stają, robią zdjęcie i lecą dalej. I to była dla mnie taka metafora mojego życia. Takie zaliczanie poszczególnych etapów. Posąg Apolla, cyk, zrobione zdjęcie i dalej. A w życiu tak samo: osiągniecie czegoś, cyk, zrobione zdjęcie i dalej. Bez smakowania tego, co zrobiłem. Tak jak ci ludzie nie przyglądali się tym dziełom, których wielkość nie polega na tym, że one istnieją, ale na tym, czym są. A to można docenić dopiero poprzez obserwację i kontemplację. Jeżeli nie damy sobie szansy skonsumowania tych obiektów, to tak naprawdę dalej nic o nich nie wiemy. Tak jakbyśmy ich nie zobaczyli, po prostu zrobiliśmy sobie obok nich zdjęcie. Pomyślałem sobie, że tak wygląda życie przeciętnego człowieka, w tym również moje. Nie smakujemy tego, co jest ważne, tylko cały czas gonimy z chęcią zaliczenia jak najwięcej. Zdobyć jak najwięcej dóbr materialnych, uznania, emocji. Zaliczyć i pędzić dalej...
Drugim takim olśnieniem był przyjazd moich rodziców do Paryża. Oni bardzo chcieli zobaczyć grób Szopena na cmentarzu Pčre-Lachaise. To przepiękne miejsce z uroczymi zakątkami i klimatem. A my zaczęliśmy szukać tego grobu w jakimś totalnym amoku, pędziliśmy, sprzeczaliśmy się gdzie on jest, szybko, szybko. Pomijając zupełnie piękno tego cmentarza. Nie widzieliśmy tego. I to też był moment zastanowienia: o co chodzi? Taka nieuważność życia powoduje, że wiele z niego tracimy, że nie potrafimy być szczęśliwi. Większość emocji, które w nas zachodzą to jest niespełnienie. Niby mam to i tamto, ale nie mam czegoś innego. Zamiast czuć satysfakcję z tego, co mam, pojawia się zgorzknienie.

Trudno było wrócić do Polski? Po tym, co zobaczyłeś, po takich przemyśleniach? Czułeś się bardziej przystosowany do życia w naszej rzeczywistości?

Było łatwiej... Odchodziłem z Heya z przeświadczeniem, że już nie mam siły, że nie chcę być muzykiem ani mieszkać w Polsce... I być może gdyby nie zaszła we mnie ta rewolucja, to byłoby mi źle. Ale raptem zobaczyłem, że przeżyłem fantastyczne chwile. To, co mnie kiedyś spalało, przestało być ważne. Były na przykład recenzje moich płyt, z którymi się nie zgadzałem. Mówiłem: „Jak to? To ja włożyłem w tę płytę tyle serca, artyzmu, szczerości, a tam ktoś coś pisze i wystawia złą ocenę?” I kiedy wróciłem do Polski i przeczytałem jeszcze raz te recenzje, to okazało się, że one wcale nie są złe.
Są normalne. Komuś płyta się podobała bardziej, innemu mniej. Okazało się, że to, co odbierałem jako złośliwości, jako chęć osobistego dopieczenia mi, nie istnieje. To istniało tylko w moim niedopieszczonym ego. (śmiech) Dlatego, kiedy udało mi się je okiełznać, okazało się, że nie ma nic złego ani w Polsce, ani w zawodzie muzyka, ani w robieniu kariery. Po prostu rzeczy są takie jakie są, a nie takie jakimi być się wydają. I to jest takie moje życiowe motto, które pozwala mi funkcjonować w sposób szczęśliwy. Ja mogę być muzykiem i mogę robić każdą jedną rzecz bez obciążenia, że jestem zmęczony psychicznie. Bo w każdej chwili mogę przestać. Nie rozumiem już w tej chwili tego, że mogłem czuć się zmuszony do robienia czegoś.
Kiedyś byłem bardzo źle nastawiony do współpracy z dużą firmą, w której nagrywałem płyty. Po mojej przemianie zobaczyłem, że tak naprawdę ci ludzie mi nic nie zrobili. Oni mnie do niczego złego nie zmusili. Chcieli zrobić dobry interes, a skoro ja im na to pozwalałem, to skąd to poczucie krzywdy? Były po prostu rzeczy, na których mi zależało, skoro robiłem to, co robiłem. Nie mogę więc mieć pretensji do kogoś za podejmowane przez siebie decyzje. Zrozumiawszy to wszystko mogę teraz lepiej funkcjonować i nagrywać płyty dla każdej wytwórni, w zależności od warunków, jakie ona proponuje. A nie w myśl zasady: małe firmy są dobre, a duże są złe. Tego przecież nie wiem. Właśnie takie buddyjskie utrzymywanie umysłu w stanie „nie wiem” nie polega na tym, że mam nic nie wiedzieć, tylko, że do każdej rzeczy mam podchodzić w sposób indywidualny, na nowo.

Mówisz, że możesz być muzykiem, że Twoja optyka się zmieniła. Ale przeczytałem pewną Twoją wypowiedź, która mnie mocno zastanowiła. Otóż powiedziałeś, że muzyka, jeśli nawet sprawia ludziom bardzo dużą przyjemność, nie jest podstawową funkcją życiową. To oczywiste, ale nawet mi, człowiekowi, który nie posiada żadnych muzycznych talentów, trudno to zaakceptować, a cóż dopiero artystom?! Nigdy nie miałeś wrażenia, że w pewnym momencie muzyka była dla Ciebie najważniejsza? I wspomniane twierdzenie wcale nie było takie oczywiste?

Ja byłem jej niewolnikiem... Wszystko kręciło się wokół muzyki i wokół moich względem muzyki oczekiwań. Uważam, że to było bardzo złe. Muzyka nie jest właśnie tą podstawową funkcją życiową. Można za nią tęsknić, można jej pragnąć, ale można się bez niej obejść. Są rzeczy, bez których obyć się nie można, które będą cię spalały. Pomijam te związane z fizjologią, ale wszyscy tęsknimy za bliskością drugiego człowieka, przyjaźnią, miłością. To są takie rzeczy, bez których usychamy. Tak naprawdę, jeśli nie nagrałbym już nigdy żadnej piosenki, to świat by się przez to nie zmienił...

... a Ty?

Ja? To jest właśnie to moje uwolnienie się od muzyki jako nałogu. Ja kocham muzykę, ale w taki sposób, jak kocham każdą rzecz, która przemija. Co by się ze mną stało, gdybym stracił słuch? Czy moje życie miałoby lec w gruzach? Czy miałoby się okazać, że bez słuchu nie istnieję? Tylko dlatego, że kocham muzykę? Nie. Robiłbym inne rzeczy. Zająłbym się np. pisaniem. Czymkolwiek, co sprawiałoby mi przyjemność i pozwalało funkcjonować. Gdybym nagle stracił dłoń i nie mógł grać na gitarze, to co? Miałbym popełnić samobójstwo, bo już nie jestem tym, kim jestem? Bo to kim jestem określa muzyka? Nie. To nie jest nic takiego, co zrujnowałoby moje życie. Mam do tego jakiś talent. Jest to coś, na co postawiłem, co pozwala mi realizować siebie. Ale to nie jestem ja. Nie jestem muzyką i w związku z tym, jeżeli ta muzyka zostanie mi odebrana, to będzie tylko jakaś część mojego życia. Tak jak zostało mi odebrane dzieciństwo. To już minęło. Czy będąc szczęśliwym jako dziecko mam teraz nie być szczęśliwym, dlatego, że jestem dorosły? To, co robię muzycznie, wynika z moich potrzeb, a nie z przyzwyczajenia. Nie jestem już niewolnikiem muzyki. W takim sensie, że bez niej nie istnieję, a tak kiedyś myślałem...

Wydajesz się być samowystarczalny muzycznie. Grałeś już na perkusji, gitarze, tworzyłeś muzykę na komputerach, realizowałeś i produkowałeś nagrania. Dlaczego zdecydowałeś się na kolejny zespół?

W ramach ciekawostki powiem, że zaczynałem od grania na puzonie w szkolnej orkiestrze... (śmiech) Wiesz, to jest złożony problem. Bo z jednej strony łatwiej mi się pracuje samemu. Z tego względu, że nie muszę iść na żadne kompromisy. Wiadomo, że każdy, kto gra na jakimś instrumencie chciałby w ten sposób wyrazić siebie. Pokazać, co potrafi. Zagrać taką, a nie inną nutę, która w nim drzemie. Ja będąc kompozytorem i producentem mam bardzo mocną wizję swojej muzyki. Jeżeli robię ją sam, to nie muszę nikogo przekonywać, z nikim się szarpać.
Z drugiej strony jest tak, że potrzebny jest mi do tego dystans, pewne zainspirowanie. Chciałbym uczyć się również od innych ludzi tego, czego mi brakuje w moim zrozumieniu muzyki. Bardzo mi się podoba praca producenta, bo słyszę, że ktoś coś gra i ja wiem jak zrobić żeby to było jeszcze lepsze. Bo mnie to do czegoś zainspirowało. A w momencie, kiedy wszystko robię sam, to nie mam takiej inspiracji, którą bardzo często jest drugi człowiek. Fajnie się współpracuje z innymi ludźmi, ale wiem, że jestem dosyć wymagający i bardzo mocno forsuję swoją wizję. Ale nie ma chyba w tym nic złego. Po prostu wierzę w to, co robię.
Bardzo bym chciał spotykać na swojej drodze jak najwięcej muzyków, od których mógłbym się nauczyć czegoś nowego. Choćby troszeczkę innego podejścia do dźwięku, do rytmu. Pewnie będzie mi trudno, bo jestem już ukształtowany i wiele osób mówi mi, że mam charakterystyczny styl grania, że jestem rozpoznawalny w swych kompozycjach. Jest to wartość sama w sobie, ale z drugiej strony dobrze byłoby to cały czas modyfikować, by ten styl miał różne płaszczyzny uzewnętrzniania się.

A propos współpracy, czy Piotr Gutkowski [vel Gutek – wokalista Indios Bravos – przyp. B.R.] będzie tak wielkim odkryciem wokalnym i tekściarskim jak Kasia Nosowska?

Nie mi to oceniać. To się przekłada na opinię publiczności, na tłum, który przychodzi na koncerty i kupuje płyty. Myślę, że opinie, które Gutek zbiera od fanów są niezłe. Grając koncerty z Indios Bravos mam takie małe déjà vu, bo bardzo mi to przypomina koncerty z pierwszych tras Heya. Ten sam rodzaj ekspresji i reakcji publiczności. Ludzie wpatrzeni w Gutka, powtarzający każdy dźwięk, który on wypuści – tak jak to było kiedyś naszym udziałem z Heyem. Oczywiście zjawisko Heya było na większą skalę ze względu na czasy. W tej chwili Indios Bravos jest zespołem środowiskowym, którego nie ma w mediach. Ale z drugiej strony mamy pełne sale na koncertach, co oznacza, że ten zespół, a co za tym idzie również Gutek, ma taką siłę, że ludzie sami chcą nas słuchać.

Na koniec mam krótkie, ale bardzo konkretne pytanie. Najlepsza płyta nagrana z udziałem Piotra Banacha to...

(Długie milczenie) Gdybym mógł zrobić "the best of", to wiem, co by się tam znalazło...

... ale nie ma takiej, którą uznajesz za swoje dzieło życia? Czy sądzisz, że to jeszcze przed Tobą?

Wiadomo, że każdy mówi, że przed nim. Bo gdybym stwierdził, że nagrałem już najlepszą w życiu płytę, to co miałbym dalej robić... Naprawdę nie potrafię powiedzieć, bo uczestnicząc w ich tworzeniu wiem, jakie były problemy i jaki był mój stan ducha. Wiem, że z płytą „Ho!” Heya mam powiązany stan ducha jakiegoś ciężaru. Czegoś, z czym było mi niewygodnie. Nie potrafię tej płyty ocenić poprzez pryzmat samej muzyki. Zresztą żadnej. Płyty, które nagrywałem z Heyem są bardzo dobre. Wiadomo, że były na nich elementy takie, które dziś już mi nie odpowiadają, z których wyrosłem. Ale na tamten moment każda płyta, którą nagrywałem była tą najlepszą. Mógłbym powiedzieć, że „Mental Revolution” Indios Bravos jest najlepsza, bo jest najnowsza. Ale to nieprawda. Wszystko, co robiłem jest dla mnie cenne.
Był tylko jeden okres w moim życiu muzycznym, z którego nie jestem zadowolony, ale ten okres był czasem przełomowym. To był moment między moim odejściem z Kolaborantów a założeniem zespołów Dum Dum i Hey. Wtedy nie potrafiłem się określić, szukałem. Gdy wracam do nagrań z tamtego okresu, to mi się one nie podobają. Ale bardzo sobie cenię ten czas, bo wtedy zrozumiałem jak nie należy grać. I to, jak należy to robić, przyszło potem samoistnie. (śmiech) Nie potrafię niczego wyróżnić, naprawdę. (śmiech)

Dzięki za rozmowę.

Dzięki bardzo.

Warszawa, 9.01.2005

fot. Rafał Nowakowski, www.nowakowski.art.pl
B. Rzepczyński, 2005.01.09
Tekst opublikowany w www.stodola.pl
opinie [6]
 
copyright NOWARZEPA © 2005-2018 Rafał Nowakowski & Bartosz Rzepczyński
Zapoznaj się z Polityką prywatności.
stat24.pl:
odsłony od powstania: 628049
webdesign s4studio.pl