FELIETONY  ·  RECENZJE PŁYT  ·  RECENZJE KONCERTÓW  ·  WYWIADY  ·  INNE TEKSTY  ·  KALENDARZ KULTURALNY  ·  INFORMACJE  
  Wywiady
  z zespołem happysad
Z zespołem happysad miałem zamiar porozmawiać jeszcze przed wydaniem drugiej płyty „Podróże z i pod prąd”, ale jakoś się nie złożyło. Może to i dobrze, bowiem teraz, kiedy się już ukazała, mieliśmy jeszcze więcej tematów do obgadania. I tak, w tzw. "urodziny miesiąca" spotkaliśmy się w warszawskiej kawiarni Vogue. Moimi rozmówcami byli: gitarzysta, wokalista i autor tekstów w jednej osobie, czyli Kuba „Quka” Kawalec oraz gitarzysta Łukasz „Cegła” Cegliński.

Bartosz Rzepczyński: Pierwsze pytanie jest bardzo niemuzyczne. Otóż, czy byliście kiedyś harcerzami?

Quka: Ja byłem w zuchach, ale to nie był żaden zastęp harcerski. To było w drugiej czy trzeciej klasie podstawówki. U nas w świętokrzyskim jest mocno zakorzenione środowisko harcerskie m.in. ze względu na to, że działał tu Ponury [Jan Piwnik, ps Ponury - major, cichociemny, dowódca zgrupowania partyzanckiego „Ponury” w rejonie Gór Świętokrzyskich – przyp. BR]. W zasadzie większość dzieci się bawiła w takie rzeczy, ale mi to się jakoś szybko znudziło.

Cegła: Ja też byłem w zuchach, w drużynie „Leśne skrzaty”. To było w klasie 1-3 i mój tata zrobił nam nawet proporzec. Jako Leśne Skrzaty mieliśmy swój hymn i ten hymn zaśpiewałem na egzaminach do szkoły muzycznej. A potem jak zmieniłem szkołę, to byłem w ZHR-ze [Związek Harcerstwa Rzeczypospolitej – przy. BR] przez dwa lata.

Czyli jest coś na rzeczy…

Cegła: Ale jak się zaczęły jakieś składki, to zrezygnowałem, bo doszedłem do wniosku, że jak wchodzi w grę kasa, to robi się poważnie.

Quka: To się już komercha robi. (śmiech)

O harcerstwo pytałem, bo w recenzjach opisujących muzykę zawartą na Waszej pierwszej płycie „Wszystko jedno” pojawiały się takie określenia jak „harcerski rock” czy „harcersko-ogniskowa kultura muzyczna”.

Quka: I to jest coś złego, tak?

Nie w tym rzecz. Pytałem, bo być może zaczynaliście swoją przygodę z muzyką właśnie przy ognisku, śpiewając hymn Leśnych Skrzatów.

Quka: Od kiedy pamiętam, to nie znam żadnej piosenki harcerskiej. Ale prawda jest taka, że jak zaczynałem grać na gitarze, to najłatwiej mi się grało numery Kultu czy Róż Europy – to były takie wczesno licealne czasy. I podobała mi się muza, którą potrafiłem zagrać… Nie da się ukryć, że nie jesteśmy wirtuozami, więc to jest muzyka, którą ludzie sobie po prostu grają, którą jest łatwo przełożyć na chwyty gitarowe. Jest melodyjna i można ją sobie przy ognisku grać, więc może stąd te określenia. Jeżeli ktoś mówi to z cieniem złośliwości, to niedobrze. Ale jeżeli określa, że jest w miarę prosta i melodyjna i do zagrania w zasadzie przez każdego, to wtedy jest to prawda.

A nie masz wrażenia, że ona jest chwilami porażająco melodyjna? Nie daje spokoju i powoduje, że chce się śpiewać od pierwszego taktu. Ta muzyka jest też prosta, a proste dźwięki nigdy nie były wyjątkowe. Czy zatem Wasza muzyka ma jakiś wymiar artystyczny? Czy ma coś znaczyć poza tym, że miło jest sobie pograć i się pobawić? Czy ma jednak jakąś podkładkę emocjonalną, może ideologiczną?

Quka: To jest tak, że bierzesz sobie gitarę, grasz trzy, cztery chwyty i robisz sobie melodię, która łączy się z tekstem. I jeżeli ci się ta melodia podoba i ten tekst jest w miarę, to sobie zostawiasz. Nie ma kunktatorstwa, że dziś zróbmy numer zajebiście melodyjny, a w następnym sobie trochę zarapujemy. Od kiedy pamiętam, to lubiłem kapele, które miały melodię, którą dało się na przykład zagwizdać…

Wiesz, bo są kapele, które mają tak naładowane głowy, że chcą coś opowiedzieć swoją muzyką. Chcą się wyrazić w ten sposób…

Quka: Im lepiej będzie ktoś grał na gitarze, tym bardziej skomplikowane solówki będzie wymyślał. A jego „ja” rośnie w siłę. I on potrafi zagrać takie rzeczy, jakich nie potrafią zagrać chłopaki z happysad.

Cegła: Nie jesteśmy Floydami i nie potrzebujemy tworzyć pejzaży muzycznych. Umiemy grać na tyle, ile umiemy i po prostu gramy.

A co z inspiracją? Pidżama Porno?

Quka: Muzyczną?

Tak, chodzi mi o to, co przebija przez Waszą muzykę.

Quka: Nie słuchałem Pidżamy więcej niż Kultu czy innych polskich rockowych kapel z lat 90. I wcale bym jej nie wystawiał na piedestał jako inspirację. Gdzieś jest taka chęć tworzenia melodii – najlepiej mi się używa właśnie melodii.

Cegła: Poza tym my używamy normalnych gitar elektrycznych, normalnych przesterów. Nie mamy żadnych zajebistych efektów, które pozwalałyby na kombinowanie muzyczne. Nie mamy też takich zapędów.

Nie macie, bo nie chcecie?

Cegła: Gdybym się uparł, że chcę mieć kamerę pogłosową z dwudziestoma czterema efektami, to pewnie bym ją kupił, ale nie wiem, czy by mi się chciało jej używać. Czy miałbym taką potrzebę? Czy byłby zadowolony z tego, że jej używam?

Quka: Trzeba dorzucić do tego jeszcze fakt, że my zawsze byliśmy raczej muzykami, którzy mieli mniej możliwości finansowych niż więcej. I jak przyjechaliśmy po raz pierwszy do Warszawy na zaproszenie Kasi Kwaśniewskiej, to perkusista nie miał swoich bębnów, a my mieliśmy gitary o łącznej wartości może 800 zł. I wisiały na nich dwuletnie struny, bo nikt nie wpadł na pomysł, że struny się zmienia. Nie mieliśmy też efektów. W zasadzie niewiele mieliśmy. A teraz bardzo powoli sobie rozbudowujemy ten sprzęt. Oczywiście, że gdyby każdy z nas miał taką podłogę z 60 efektami, to pewnie gdzieś byśmy te efekty wciskali i jakoś to by się rozwijało…

Cegła: ale być może byłoby to na siłę…

Quka: To nie jest tak, że my nie chcemy urozmaicać. To jest, tak jak mówię, wypadkowa chęci i umiejętności.

Czyli nie macie wewnętrznej potrzeby, by być Floydami?

Cegła: Masz tu płytę Hey’a [tutaj Cegła podniósł leżący przed nim album „Echosystem” – przyp. BR] i wiesz, pierwsza czy druga ich płyta to są proste utwory. Ale z wiekiem, na trzeciej, czwartej płycie zaczęli się rozwijać.

Traktuję to zatem jako nadzieję, że na piątej czy szóstej płycie będzie się u Was działo dużo więcej. Nie będzie tak samo jak na pierwszej.

Quka: A to na drugiej jest tak samo jak na pierwszej?

Jest blisko

Quka: Trochę dalej.

Ale nie na tyle, żeby powiedzieć, że jest jakiś zdecydowany progres stylistyczny. Progres słyszałem między Waszą demówką a debiutem.

Quka: A niektórzy mówią, że regres (śmiech). To jest tak, że z czasem będzie przybywać instrumentarium, np. są nowe utwory, w których jest miejsce na trąbkę, pianino i [tu zasymulowałem grę na harmonii – przyp. BR] akordeon. Duża część utworów z „Podróży…” była utworami starymi, więc siłą rzeczy były już wstępnie zrobione. A teraz, gdy myślimy o numerach na trzecią płytę, to będą zupełnie inne. Chcemy próbować różnych instrumentów. Ale te możliwości rozwoju daje upływ czasu. Gdy produkowaliśmy tę pierwszą i drugą płytę, to raczej wszystko było na szybkiego, na dziko. Przy pierwszej weszliśmy do studia dalej nie mając porządnych gitar czy basu. Przy drugiej mieliśmy już swoje gitary i swoje piece. I to się powolutku, powolutku rozwija.

Rozwinie się być może instrumentarium, ale czy to Ty nadal będziesz głównym kompozytorem w zespole?

Quka: To jest tak, że to ja przynoszę pomysł. I najczęściej z Łukaszem siedzimy i rzeźbimy na pudłach, dorabiając jakieś smaczki.

Cegła: Wiesz, to polega na tym, że nie mamy tak naprawdę miejscówki, by sobie pojamować, choć teraz coś się w tej sprawie klaruje i być może dojdzie do takich spotkań. Ja naprawdę bym tego chciał, żebyśmy przyszli i nie grali nic nowego i nic starego, tylko zaczęli ot tak sobie grać.

A jednak Floydzi…

Quka: Tak, bardzo byśmy chcieli, ale brakuje też czasu. Każdy z nas pracuje i ma swoje życie. Muzyka zajmuje trzy czwarte naszego życia: słuchamy jej, gramy ją, bawimy się nią, ale oprócz tego, to też musimy zajmować się swoimi rzeczami. Nic u nas nie jest na siłę. Nie będzie tej trzeciej płyty za rok, a będzie za dwa lata, to się nic nie stanie. Ta druga płyta już była, tak na dobrą sprawę rok temu. Kiedy wyjeżdżaliśmy w trasę Punky Reggae Live mieliśmy zrobioną ją całą. I tylko szukaliśmy w całym roku momentu, kiedy można ją było nagrać. Zrobiliśmy to we wrześniu i okazało się, że albo wypuścimy ją bardzo szybko albo ukaże się dopiero w marcu 2006. Czekać następne pół roku z gotowym materiałem i nie grać go na koncertach, to nie był najlepszy pomysł.

Cegła: Wiesz, na trzymanie materiału i niewydawanie go, może sobie pozwolić Kult, bo i tak się nic nie stanie – ludzie poczekają i sześć lat. Ale w przypadku młodej kapeli, mam wrażenie, że trzeba, że można pójść za ciosem.

Może zatem będziesz miał czas na komponowanie?

Cegła: Ale ja nie umiem.

Co to znaczy?

Cegła: Nie wiem. Ja wymyśliłem dwie piosenki w życiu. Mi się po prostu nic nie układa w głowie. Czasem wychodzą z chwytów jakieś melodyjki, ale żeby jakąś konkretną melodię ułożyć, to mi jakoś nie idzie. Albo są to melodie, które zahaczają o jakieś wesele. (śmiech) Może się odnajdę w takim jamowaniu?

Quka: Ale Łukasz jest dobry, gdy pojawia się coś, nazwijmy to kawałkiem melodii, i on to bardzo fajnie to rozbudowuje. Tu dołoży jakąś fajną solóweczkę, tam pociągnie jakiś temacik. On ma właśnie taki zmysł.

Cegła: Wiesz, jak pytasz o komponowanie, to mam na myśli, że biorę gitarę, wymyślam sobie jakieś akordy, pod to układam sobie w głowie jakąś melodię do wokali i może coś tam nawet napiszę. To właśnie jest komponowanie. Bo samo tworzenie muzyki przychodzi z łatwością, bo z każdych dwóch podstawowych akordów możesz coś wymyślić.

Nie miałeś lekcji komponowania w szkole muzycznej?

Cegła: Nie, nie było nic takiego. W szkole masz teorię i praktykę. Czyli grasz na gitarze na zajęciach praktycznych i teorię w stylu, jak się żyło Bachowi i co skomponował. Nie było czegoś takiego – skomponuj coś w domu i przynieś, to my to ocenimy. Poza tym tam uczą cię grania klasycznego, z nut. I tyle.

No tak… Skoro pogadaliśmy sobie o muzyce, to teraz może trochę o tekstach. Zastanawiałem się, co robi ekonomista w roli poety…

Quka: A może odwrotnie?

Cegła: Taki z niego poeta, jaki ekonomista… (śmiech)

Quka: Wszystko, co robię w życiu jest tak po łebkach. Łapię się jakiegoś zajęcia i na początku mi się wydaje, że to jakoś wychodzi, a potem okazuje się, że jednak nie. Tak było z piłką nożną, bilardem, piłkarzykami. Jak się za coś biorę, to myślę sobie, kurczę, złoty chłopak ze mnie, a potem się okazuje, że przeciętniak. Że są lepsi. Tak samo było z Akademią Ekonomiczną. Byłem bardzo dobry z matematyki, z geografii byłem obcykany, znałem angielski. Czyli idealny profil pod studia ekonomiczne. Jak tam poszedłem i po pierwszym roku musiałem poprawiać siedem egzaminów, to się zorientowałem, że coś jest „nie halo”. Ale jak to prawdziwy mężczyzna, co jak zacznie, to musi skończyć, skończyłem.

Wiesz, tak naprawdę te teksty nie są takie złe… jak muzyka! [tutaj padła salwa śmiechu wystrzelona przez wszystkich uczestników wywiadu – przyp. BR]

Quka: Nie, no one są przeciętne.

Ale ekonomistów uczą myśleć bystro, a nie pisać teksty. A pomimo tego jest z tym u Ciebie całkiem dobrze…

Quka: Wiesz, to się gdzieś we mnie odnalazło. Pisałem wiersze, opowiadanka i nawet maturę porównawczą z wierszy Herberta i Miłosza. Zawsze była we mnie chęć twórcza. Gdy pierwszy raz wziąłem gitarę do ręki i Cegła zaczął mnie uczyć grać i zaczęły powstawać jakieś utwory, to się okazało, że po roku grania mamy prawie sto piosenek po angielsku – w takim norwesko-angielskim. Były bardzo fajne i dobrze nam się je grało… do tzw. szuflady. Także gdzieś to zawsze było.

Jak czytam te teksty, to one są naprawdę niezłe, choć tak jak u każdego autora, trafia się jakaś grafomania…

Quka: Bo to nie jest poezja. Ludzie chcą nazywać wszystkie rzeczy i rzucać wielkimi słowami. A ja zawsze mówiłem, że to jest grafomania z powołania. W każdej poezji jest jakaś część grafomanii – w każdym poecie siedzi grafoman. Sama chęć pisania, układania myśli jest z natury grafomańska. Jeżeli przebierasz w słowach, jeżeli próbujesz je odpowiednio dobrać i szukasz ich czasem nawet tydzień, to jest to grafomania. Ale ja uważam, że to taka pożyteczna grafomania. I nie układam na siłę, bo gdyby tak było, to źle bym się z tym czuł.

W takim razie, skoro mówisz, że niektóre słowa rodzą się długo, to chciałem zapytać, ile się rodził Wasz pierwszy przebój „Zanim pójdę” ze słowami: Miłość to nie pluszowy miś ani kwiaty/ To też nie diabeł rogaty/ Ani miłość kiedy jedno płacze/ A drugie po nim skacze?

Quka: 10 minut. Nawet nie. Pracowałem wtedy w Krakowie jako przedstawiciel handlowy i z pracy do domu miałem dziesięć minut piechotką. I coś mi się tak uroiło w głowie. Są numery, które w ciągu 5-10 minut układają się całe.

Cegła: Wiesz co, to jest tak, że nie pamiętam jak powstała większość utworów, ale zapadło mi w pamięć jak powstały dwa kawałki, które Kuba ułożył. Gdy spotykaliśmy się jeszcze w Skarżysku, to pamiętam takie dwa utwory. Pierwszy, to „Noc jak każda inna”, gdzie jak Kuba zagrał, to powiedziałem: „Ja pierdolę, Pidżama! Ale fajne!” – taka radość. A drugą piosenką było właśnie „Zanim pójdę”, która miała odpowiedni tekst, który do mnie trafił, bo coś tam nie tak było z moją dziewczyną i był taki moment, że byłem sam. I jak usłyszałem cały ten tekst plus jeszcze przejście ze zwrotki na refren, gdzie jest to reggae w pewnym momencie, to czułem, że to jest zajebisty utwór. Czasami jest tak, że włączasz sobie płytę i czujesz, że to jest to.

To jest raczej kwestia utożsamiania się z tekstem, a nie faktyczna „zajebistość” utworu.

Cegła: Według mnie jest na tyle uniwersalny, że trafił do wielu.

Quka: To jest tak, że gram Cegle numer jakiś i zawsze jest taka myśl: „Nie będę mu grał, bo to jest kaszana” i nigdy nie wiem, czy ten utwór jest dobry. Mogę mu powiedzieć na początku, że bardzo mi się podoba taka melodyjka z takim tekstem i spytać, co na ten temat sądzi. I on wtedy mówi, że albo spoko albo nie. Wiesz, jest taki lęk, że się komuś nie spodoba. Nie mam jednak wewnętrznej samokrytyki. Jeżeli tekst mi pasuje i mi się podoba, to on jest.

Jak pierwszy raz usłyszałem numer „Z pamiętnika młodej zielarki” (i znowu zamieszanie na chacie/ i znowu zarzygane żółcią szmaty/ znowu tępa próba żyletki/ znowu wpierdol od taty), to po pierwsze, muszę przyznać, że szybko i skutecznie wpada to w ucho, a po drugie, na myśl przyszedł mi Kurt Cobain. I tak się zastanawiam, czy Ty nie stajesz się głosem pokolenia nieszczęśliwych gimnazjalistek? Bo to chyba one stanowią największą część Waszej koncertowej publiczności.

Quka: Nie zastanawiam się, jak to ma wyglądać. Czy to jest skierowane do czterdziesto- czy do trzydziestolatków. Masz jakiś wers, do którego ci się układa melodia, do którego układa się następny wers i to leci. I albo ta piosenka w całości jest do przyjęcia albo nie. Jak sobie tak przypominam, to przy żadnym utworze, który powstał na próbach, nie było takich myśli, że to będzie hicior dla osiemnastolatek, a to dla szesnastolatek. W ogóle zajebistym układem byłoby trafiać do całej szerokości demograficznej publiczności. Tworzyć teksty, które będzie rozumiała młodzież i takie, które będzie rozumiał dorosły. Ale tak naprawdę, to gówno możesz. Bo możesz tylko to zrobić, co ci podpowiada głowa.
A co do tego numeru, to pamiętam, że nuciłem go sobie, kąpiąc się tutaj w Warszawie na Złotej. I miałem przed oczami obraz dziewuchy, która u nas pod Skarżyskiem pod knajpą „U Wnuka” leżała na schodkach taka zarzygana. Nie wiem, ile ona miała lat, może ze dwadzieścia. Ale to nie miało znaczenia. Bardziej chodziło mi o obraz, plastyczność tego. Ja sobie to nuciłem w wannie, drapiąc się szczotką po plecach i już wycierając się ręcznikiem wiedziałem, jakie będą chwyty do tego i jak to będzie wszystko ułożone. Powstał więc w bardzo krótkim czasie, a jeżeli coś powstaje szybko, to ciężko zarzucić temu jakieś wyrachowanie.

A propos tej „szerokości demograficznej publiczności”, to nie macie poczucia, że weszliście w jej młodszą, która jest mocno związaną z Pidżamą i Kultem?

Quka: Wiesz, jesteśmy zespołem stosunkowo młodym. Mam wrażenie, że starsze środowisko fanów Kultu i Pidżamy, które może się gdzieś tam pokrywa jest dosyć hermetyczne. Coś co się pojawia i jest z natury wtórne nie będzie przyjęte tak świeżo, jak była przyjęta Pidżama. Mimo, że oni zaczynali słuchać Pidżamy jak mieli po szesnaście lat, to oni już tego nie pamiętają. Dziś mają po dwadzieścia pięć i są twardymi zawodnikami i nie chcą świeżej krwi. I takiemu zespołowi jak my jest ciężko się przebić do mentalności takich ludzi.
Wiesz, to jest tak, że „nabywasz” swoją publiczność i to dobrze, bo ludzie powiedzą, że wychowujemy swoją publiczność, która za pięć lat będzie z nami. Będą mieli po dwadzieścia lat i będą publicznością dojrzałą. A z drugiej strony może to być traktowane jak zarzut – nie idziemy na koncert happysad, bo tam same szesnastolatki się bawią. To zahacza moim zdaniem o jakąś homofobię. Tu przestaje się rozpatrywać muzykę jako muzykę, czyli to, czy ci się podoba melodia, brzmienie, tekst, tylko patrzysz na to, kto tego słucha i wtedy weryfikujesz, czy będzie ci się to podobało, czy nie. Moim zdaniem, jak czytasz takie opinie w Internecie, że: „Nie słucham Pidżamy, bo słyszałem od kumpeli, że Grabaż to jest niezły kutafon.”, to ci ręce opadają. Bo gdzie jest w tym wszystkim muzyka?

Ale wiecie kto Was słucha?

Quka: Słucha nas mnóstwo ludzi. Do mojej mamy przychodzi dużo jej rówieśniczek i pożycza nasze płyty. To jest oczywiście jakaś górna granica, ale…

Ale one pożyczają, bo chcą wiedzieć, co stworzył syn jej koleżanki.

Cegła: Właśnie nie, bo jakbyśmy grali jak Vader, to nikt by nie pożyczał tych płyt.

Quka: Słucha nas mnóstwo społeczności studenckiej. Gdy pojedziesz do takiego studenckiego miasta jak Kraków, to przychodzi masa studentów. Gdy jedziemy do mniejszych miejscowości, to tam jest mnóstwo młodzieży gimnazjalnej. Gdy pojedziemy do Skarżyska, gdzie nie ma środowiska akademickiego, to albo przyjedzie młodzież albo nikt, bo nikogo innego nie ma. Jeśli masz poczucie, że grasz fajną muzykę, która ci się podoba, i przychodzi na to dużo młodych ludzi, to czujesz jakąś dumę. Ja zaczynałem słuchać muzyki na poważnie, jak miałem czternaście lat. Pamiętam, że było KSU, T. Love, Kult, a Pidżamę dość późno usłyszałem – gdzieś w drugiej lub trzeciej klasie liceum. Byłem gówniarzem, który zapuszcza długie włosy, pakuje jabole do kieszeni i idzie na ognisko grać. Ktoś mi mógł powiedzieć, że nie znam się na muzyce, ale ja byłem wtedy – w moim mniemaniu – człowiekiem zajebiście wartościowym, bo różniłem się od tych, którzy nałogowo słuchali muzyki z „Metra” i Barbary Steisand. I to mnie dowartościowywało.
Łatwiej było dziesięć lat temu dotrzeć do świadomości ludzi takiemu T. Love czy Kultowi, dlatego, że łatwiej było o konsolidację publiczności. Ona była odcięta od światowej muzyki i ta polska muza rockowa czy punkrockowa sprawiła, że mnóstwo ludzi poszło w tym kierunku. Teraz ta muzyka jest tak zróżnicowana, że każdy ma dostęp do miliona rodzajów muzyki i może przebierać i szukać. I ciężko jest trafić do takiej ilości ludzi, do jakiej trafiały tamte zespoły.

Czy macie w takim razie poczucie sukcesu? W zeszłym roku zagraliście prawie sto koncertów przy pełnych salach, obydwie płyty zebrały w miarę pozytywne recenzje i w ciągu niespełna trzech lat z raczkującego zespołu przemieniliście się w gwiazdkę rodzimej sceny. To duży postęp.

Cegła: Satysfakcji to jest sporo, bo to duża radość jak przyjeżdżasz do małej mieściny i tam jest pełen klub. I to jest zajebista satysfakcja. Wiesz, że tym, co robisz, co lubisz robić, dotarłeś do masy ludzi. Natomiast nie wiem, co musiałoby się stać, byśmy poczuli, że jesteśmy popularni. Trafił raz na scenę stanik młodej dziewczyny, ale to raczej zgryw był, żarty. (śmiech) To płynie jakoś tak samo. Ja nie odbieram tego, że jesteśmy popularni. Oprócz tego, że codziennie widzę nasz teledysk w 4FunTV albo otwieram „Teraz Rocka” i widzę, że jest coś o nas.

Czyli Pani w kiosku jeszcze Ci nie mówi: „Dzień Dobry, Panie Łukaszu, proszę gazetkę”?

Cegła: No właśnie. Gdybym nie mógł spokojnie wyjść do sklepu, to może bym poczuł, że jestem popularny, ale teraz tego nie ma.

Quka: Jeżeli jakiś przyrost popularności widać, to tylko na koncertach. To, że piszą o nas recenzje to wynik tego, że gdzieś tam się wydajemy, więc trudno byśmy nie podlegali weryfikacji rynku. Ale na ulicy jeszcze nigdy w życiu mnie nikt nie zaczepił i nie chciał sobie zrobić ze mną zdjęcia. Nie jesteśmy jakąś masówką i taki stan, jak jest nam bardzo odpowiada. Jeździsz na koncerty, grasz dla dużej publiczności i to jest dla nas masakra.

Cegła: A propos rozpoznawalności, to dobrym przykładem był koncert w Gdyni w klubie Ucho. Przed klubem czekało na wejście prawie 900 osób, a my w międzyczasie wyskoczyliśmy na rybkę i jak wracaliśmy to pojawił się problem, bo ci ludzie nie chcieli nas przepuścić. Przeciskamy się przez nich, a tu teksty: „Gdzie się pchacie, tu wszyscy chcą wejść”. My: „Ale my tu gramy”, a ludzie: „Tak, gracie, jasne”. I to było całkiem zabawne. Albo koncert w Bielsku-Białej. Przyjeżdżamy z Arturem [Artur „Tela” Telka – basista happysad – przyp. BR] pod klub, a oni mówią, że jak nie mamy biletów, to nas nie wpuszczą. (śmiech)

Quka: Grasz zajebiste koncerty dla dużej publiczności, ale pozostajesz sobie takim anonimowym gościem, który smaży sobie w domu jaja. I to jest fajny układ. Ja bym dał wszystko, by tak zostało. Moja babcia dzwoni do mnie i mówi: „Kuba, w ogóle was w tej telewizji nie ma. Oglądam od miesiąca wszystkie programy i nie ma was.” Także nie jesteśmy na tyle popularni, by moja babcia mogła nas dostrzec.

Dobrze Wam zatem z tym, co i jak się stało? Że bez planu podbicia polskiej muzyki, udało się jednak sporo zdziałać.

Quka: Tak jak mówisz, nie było żadnego planu. Było raczej na zasadzie, że co będzie, to będzie. Nic na siłę. Tak było przy nagrywaniu demówki, tworzeniu utworów po angielsku i przy obu płytach.

Cegła: Mamy plany krótkoterminowe.

Quka: Chcemy dojechać na czas i zagrać koncert. Póki będą jakieś pomysły na utwory i te pomysły będą nam się podobać, póty będziemy grać. Nie wyobrażam sobie sytuacji, że nagrywamy płytę, na której jest dziesięć utworów i my na każdy z nich kręcimy nosem. A co będzie dalej, to nikt się z nas nie zastanawia. W ogóle się nie zastanawiamy, co to będzie, jak nagramy trzecią płytę ze smutnymi kawałkami, zupełnie innymi niż na pierwszej i drugiej płycie.

Sumując, wychodzi na to, że muzyka zajmuje w waszym życiu dużo miejsca, ale nie jest najważniejsza?

Quka: Jesteśmy na tyle samodzielnymi jednostkami, że jak nie będziemy grali, to świat się nie zawali. Ja to w ogóle uważam, że jestem niedopasowany do tej rzeczywistości. Że raczej ciężko byłoby mi sobie poradzić w koszuli i krawacie wiecznie uśmiechniętego do klienta. Ale dostosowałbym się, bo nie jestem ułomny na umyśle, tak mi się wydaje. (śmiech) Przeżylibyśmy jakoś, na pewno. Ale jest coś takiego, co powiedziałem Cegle, jak powstawała płyta Buldoga Piotra Wieteski, menagera Kultu. Zobacz, mówię, tyle lat chłopak nie grał i fajnie, że dalej ma chęć grania i tworzenia. Ciekawe, czy my będziemy mieć po czterdzieści lat i będziemy mieli taką chęć? To jest na takiej zasadzie, że jak już zacząłeś tworzyć, to ci to wróci. Ja miałem dwuletnią przerwę na studiach, kiedy w ogóle nie tykałem się gitary. Ale potem miałem przyrost pomysłów i nie wytrzymałem. To wraca.

A możecie obiecać, że trzecia płyta, o której tyle wspominacie, będzie rzeczywiście tak bardzo urozmaicona i będzie to duży krok do przodu?

Cegła: Ja bym nie obiecywał, bo to może się nam zmienić. Wiemy, jak ma zabrzmieć, ale być może nam się nie uda. Może się okaże, że Ponton [Maciej „Ponton” Sosnowski – perkusista happysad – przyp. BR] nie może grać tych utworów, bo się gubi, albo, że ja ich nie mogę grać na stojąco. (śmiech) Wszystko się może zdarzyć.

Quka: Ten materiał mamy zrobiony na pudłach i mam o nim duże wyobrażenie. Nie zrobiliśmy ich stricte muzycznie, zespołowo. Mamy obraz tego, jak to ma w ostateczności wyglądać, ale to może się bardzo pozmieniać. Dużo zweryfikują próby.

Cegła: Może wejść w nas taka energia, że trzecia płyta będzie punkowa. (śmiech)

Może… Życzę Wam zatem, by płyta się udała i byście nie musieli dopasowywać się do rzeczywistości.

Quka: Dzięki, zobaczymy…

Warszawa, 2.02.2006 r.

Fot. Rafał Nowakowski, www.nowakowski.art.pl
B. Rzepczyński, 2006.02.02
opinie [35]
 
copyright NOWARZEPA © 2005-2018 Rafał Nowakowski & Bartosz Rzepczyński
Zapoznaj się z Polityką prywatności.
stat24.pl:
odsłony od powstania: 647271
webdesign s4studio.pl