FELIETONY  ·  RECENZJE PŁYT  ·  RECENZJE KONCERTÓW  ·  WYWIADY  ·  INNE TEKSTY  ·  KALENDARZ KULTURALNY  ·  INFORMACJE  
  Wywiady
  z Mariuszem Adamiakiem (Agencja Akwarium)
Z Mariuszem Adamiakiem, twórcą prestiżowych festiwali jazzowych JVC Jazz Festival i Warsaw Summer Jazz Days, spotkałem się na kortach tenisowych. Meczu wprawdzie nie rozegraliśmy, ale porozmawialiśmy za to o muzyce, planach i wyzwaniach zawodowych, a także o tegorocznej edycji JVC JF.

Bartosz Rzepczyński: Czy Polacy lubią jazz?

Mariusz Adamiak: Jazz to muzyka niszowa i wg niektórych badań w Polsce aż 75 % osób deklaruje, że nienawidzi muzyki jazzowej. Natomiast, oczywiście, dużo osób tej muzyki słucha - dużo jak na muzykę niszową. Można powiedzieć, że target tej muzyki to osoby z wyższym wykształceniem, osoby na wysokich stanowiskach, więc siła oddziaływania tego środowiska jest bardzo duża. Stąd też jazz jest popularny w mediach. I sama jego nazwa jest utożsamia z czymś lepszym. Dlatego sponsorzy chętnie pojawiają się przy okazji festiwali, ponieważ wszyscy wiedzą, że jazz to muzyka „inteligenta”, więc produkty, które są utożsamiane z jazzem, w opinii publiczności są lepsze. Jazz w latach 80. aspirował do tego, żeby stać się muzyką bardzo popową. Wielu wykonawców zaczęło grać muzykę trochę lżejszą, wydawało im się, że mogą opanować stadiony, ale to był pewien błąd tamtego okresu i dziś – na całe szczęście – jazz wraca do klubów, do mniejszych sal, ponieważ tam jest jego miejsce. Suma summarum publiczność jest, a Polska jest dobrym rynkiem jazzowym.

Czyli jest muzyką wyrafinowaną, dla bardziej wyrobionego słuchacza, ale niekoniecznie „muzyką elit”?

Oczywiście to jest tak, że fani jazzu aspirują do miana elitarnego słuchacza i to dobrze. Choć to jest pewien snobizm, ale całkiem pozytywny. Dużo jest w tej chwili młodych ludzi, którzy słuchają jazzu – to jest też ważne – ponieważ młodzi mają dosyć muzyki takiej, która pokazywana jest w telewizji i starają się poszukiwać czegoś innego. A jazz jest muzyką niepokorną, to muzyka wolności. I to daje młodym ludziom to, czego poszukują w dzisiejszych czasach. Oczywiście, oni później być może znajdują sobie inną docelową muzykę, ale wielu młodych ludzi ceni sobie w jazzie element improwizacji, twórczej wolności.

Wiem, że Pańska miłość do jazzu zaczęła się od francuskiego skrzypka Jeana Luca Ponty’ego, a największym przeżyciem koncertowym był występ Milesa Davisa w 1983 r. Czy miał Pan więcej przełomowych momentów w poznawaniu tej muzyki?

Muzyki, rockowej zresztą, słuchałem bardzo wcześnie i prawdą jest, że Jean Luc Ponty był taką pierwszą osobą, która zbliżyła mnie do jazzu. Kiedy dostałem jego płyty, to przeżyłem szok, bo to była zupełnie inna muzyka. Potem była The Mahavishnu Orchestra – bo tam też grał Ponty – i John McLaughlin, a więc cały rozdział jazz rocka. A później wskoczyłem na Milesa Davisa, no i zaczęło to ewoluować. Pojawił się John Coltrane, który jest dla mnie najważniejszą postacią w jazzie. Natomiast, jeśli chodzi o jakieś przełomowe momenty, to niestety smutną prawdą jest to, że występują one w wieku młodzieńczym, a później, kiedy człowiek dojrzewa, to nic nie jest w stanie go zaskoczyć. Ale oczywiście, były jeszcze później różne fascynacje, np. Johnem Zornem, Billem Laswellem, Stevem Colemanem. Cały czas szukałem muzyków, którzy mnie pasjonowali. A skończyło się to tym, że zacząłem zawodowo zajmować się muzyką i tak jest do dzisiaj.

No właśnie, jak wyglądał ten moment przejścia z fana muzyki do jej promotora? Bo zdaje się, że z wykształcenia jest Pan geografem.


Tak, na całe szczęście nie jestem muzykiem, bo to byłoby dramatyczne, gdybym zmuszał ludzi do słuchania swoich wypocin. (śmiech) To działo się równolegle. Ukończyłem geografię na Uniwersytecie Warszawskim i kiedy miałem zostać pracownikiem naukowym, to tydzień po obronie pracy magisterskiej dostałem propozycję zostania szefem klubu Akwarium. Nie zastanawiałem się długo i porzuciłem geografię i od tego wszystko się zaczęło. Tak więc, postawiłem na nogi Akwarium, potem powstały festiwale, Jazz Radio i tak to sobie wszystko ewaluowało.

Sporo tego. Najpierw „Akwarium”, potem zakładał Pan Radio Jazz, sprowadził do Polski w zasadzie wszystkich największych artystów jazzowych i stworzył jeden z najważniejszych europejskich festiwali Warsaw Summer Jazz Days. Czy nie jest Panu coraz trudniej o wyzwania?

Nie. Mam jeszcze co najmniej dwa konkretne wyzwania. Pierwsze, to reaktywacja Akwarium, a drugie to Europejskie Centrum Jazzu. Szumnie nazwane, ale to byłoby coś takiego jak kiedyś Dom Pracy Twórczej, gdzie można by spotkać muzyków z całej Europy czy świata. Takie magiczne miejsce, gdzie byłyby różne jazzowe pamiątki, ponieważ jest to smutne, że np. festiwal Jazz Jamboree istnieje już prawie 50 lat i nie ma swojego miejsca. Pamiątki po tym festiwalu rozpierzchły się po różnych miejscach. Tak samo Warsaw Summer Jazz Days powinno mieć swoje miejsce, gdzie byłyby nagrania, zdjęcia, różne pamiątki.

Takie muzeum jazzu?

To źle brzmi. Nazwa muzeum jest dla młodych ludzi fatalna. Raczej widziałbym to w kategoriach centrum informacyjnego. Można byłoby tam robić spotkania, nagrania, programy. Wracając do wyzwań, to mam jeszcze jedno takie duże – utworzenie dużego festiwalu interdyscyplinarnego. Byłoby to połączenie czterech dużych jesiennych imprez, które odbywają się w Warszawie: Warszawska Jesień, Warszawski Festiwal Filmowy, Warszawskie Spotkania Teatralne i Warszawski Festiwal Jazzowy, czy to JVC Jazz Festival czy Jazz Jamboree. I wtedy byłoby to naprawdę bardzo duże wydarzenie – bardzo potrzebna rzecz dla promocji Warszawy, więc mam nadzieję, że uda nam się doprowadzić do tego. I jeszcze największe wyzwanie, które wzbudza uśmieszek politowania, u tych, którym to mówię. Mianowicie, Warszawa nie ma pomysłu na promocję. Mimo, że wiele osób się stara, to nie ma czegoś takiego, co mogłoby ją rozsławić na skalę europejską. Pomysł mam taki, by przekształcić Pałac Kultury i Nauki w Pałac Kultury, czyli w miejsce, gdzie mieszczą się tylko i wyłącznie instytucje kulturalne. Sprawić, że ten kuriozalny budynek, który wrósł już w miasto, byłby opanowany przez artystów. To byłoby miejsce, gdzie ogniskowałoby się życie kulturalne Warszawy, które żyje 24 godziny na dobę klubami, galeriami, pracowniami malarskimi. Miejsce, które przyciągałoby ludzi z całej Europy. Ale do tego jeszcze daleka droga, bo ten pomysł ma wielu przeciwników. Choć moim zdaniem, to jeden z niewielu scenariuszy, by Warszawa mogła przyciągać ludzi z innych krajów.

Ale czy ten Kulturalny Pałac, to bardziej marzenie, czy widzi Pan szanse na realizację?

To jest oczywiście marzenie, ale… Ja jestem warszawianinem od wielu pokoleń i mi jest żal, że Warszawa, będąca moim zdaniem najpiękniejszym miastem w Polsce – być może kilka osób ma inne zdanie (śmiech) – nie może się cały czas wypromować. Ma z tym wielki problem. I podchodząc do tego pragmatycznie – to wydaje się to najprostsza i najtańsza droga, by uczynić Warszawę miejscem turystycznym. Czyli jest to marzenie, którego realizacja zależy od woli rządzących.

Wspomniał Pan o reaktywacji klubu Akwarium. Od dłuższego czasu chodzą słuchy, że ma Pan zamiar ponownie otworzyć klub jazzowy. Daleka jeszcze droga do tego?

W sumie niedaleka, bo wszystko jest już ustalone. Miejsce jest i plan artystyczny jest, domawiane są teraz szczegóły. To będzie w centrum handlowym „Złote Tarasy” [powstaje ono przy Dworcu Centralnym i ma ruszyć jesienią 2006 – przyp. B.R.], w takim miejscu centralnym, tzw. piazza, gdzie będzie mieścić się sześć restauracji, gdzie będzie m.in. Hard Rock Cafe i my. Podejrzewam, że to miejsce stanie się dość szybko takim rozrywkowym centrum Warszawy. Chcemy, aby koncerty były codziennie, choć to bardzo ciężko otwierać Akwarium po latach, bo kiedy umierało, było w szczytowej formie, więc niełatwo jest zaczynać wszystko od początku. Tutaj jest szansa, że zaczniemy prawie z tego samego pułapu, czyli będziemy mieli codziennie koncerty, również gwiazd światowego jazzu. Mam nadzieję, że w lutym lub marcu 2007 ruszymy. Choć może być oczywiście jakieś opóźnienie, bo nie będziemy na siłę starali się dotrzymywać terminów. Najważniejsze, by wszystko dobrze spiąć.

A nie ma Pan obaw, że „Złote Tarasy” jako centrum handlowe może trochę fanów jazzu deprymować?

Owszem, choć nie jest to dokładnie centrum. Niby to jest w ramach „Złotych Tarasów”, ale jest to taki jakby dziedziniec i z niego będzie wchodzić się do klubu… Trzeba pamiętać, że są inne czasy. Można byłoby otworzyć klub gdzieś na obrzeżach miasta, gdzieś na Pradze w piwnicy, tylko, że miejsc undergroundowych jest już sporo. To jest pomysł, który został już wykorzystany, natomiast tutaj potrzeba jednak klubu typowo muzycznego. Miejsca absolutnie jazzowego i o trochę wyższym standardzie. I to mi nie przeszkadza, bo mamy inne realia niż kilka lat temu i klub musi z czegoś żyć. Jeśli chcemy mieć codziennie muzykę na żywo, to to miejsce, przy zakładanym ruchu w centrum, daje nam szanse utrzymania się. Ponadto, jest to jakaś tam kontynuacja – raptem trzysta metrów od starej siedziby.

Wracając do Pańskiej działalności koncertowej, chciałem spytać, czy wie Pan, dlaczego największe gwiazdy muzyki popularnej (np. Madonna czy Red Hot Chili Peppers, Radiohead) wciąż omijają Polskę? Grają w Berlinie, Pradze czy Moskwie, ale nie w Warszawie…

Nie wydaje mi się, aby było aż tak źle. Mamy przecież festiwale, na które przyjeżdżają naprawdę duże gwiazdy, ale faktem jest, że nasz rynek jest trochę zdeprawowany sponsorami, którzy wymagają organizowania koncertów bezpłatnych. I gdyby teraz ktoś miał zrobić na zasadach czysto komercyjnych koncert Madonny, to – jeśli dookoła jest masa ciekawych imprez niebiletowanych – to publiczność pójdzie na tamte, bo nie jest tak zdeterminowana. W Czechach jest może kilka bardzo dużych koncertów, ale jest ich na pewno mniej niż w Polsce. Owszem, są największe nazwiska, ale gdyby u nas było mniej koncertów, zwłaszcza tych niebiletowanych, to być może wytworzyłoby się ciśnienie i te bilety by się sprzedały. Chociaż tu nie ma prostej odpowiedzi, bo np. jazz jest tam w ogóle niepopularny. My w ogóle jesteśmy rynkiem nieproporcjonalnym w stosunku do Czech, bo tam mało kto dojeżdża na koncerty jazzowe. Natomiast muzyka popowa ma w Czechach większą publiczność.
Możemy też próbować to porównać z rynkiem moskiewskim, gdzie jest tak, że bilety mogą kosztować nawet do 1000 dolarów, co u nas jest niemożliwe. Ale to też wynika z tego, że w Moskwie nie ma aż tylu gwiazd. Oni robią takie strzały – dwa, trzy duże koncerty w sezonie, natomiast tych mniejszych praktycznie w ogóle nie ma. Ja bym nie narzekał na nasz rynek, bo może nie ma u nas Madonny ani Red Hot Chili Peppers, ale jest naprawdę dużo innych niezłych zespołów.

Czyli jednak dużo winę za ten stan ponoszą bezpłatne koncerty?

Niestety tak. Ale to jest presja sponsorów, czy władz miejskich, które mają pieniądze i dają publiczności takie prezenty. Co z jednej strony jest dobre, ale z drugiej, na rynku czeskim w ogóle nie ma takich koncertów, bo oni nie mają na to pieniędzy. Nie sztuką jest zrobić koncert Madonny, gdy dookoła tak naprawdę nic nie ma. Nie chciałbym nikogo skrzywdzić, ale polski rynek jest trochę bardziej wyrobiony i choć Madonna jest ikoną pop, to polska publiczność lubi muzykę bardziej ambitną, bardziej zaangażowaną. A ponieważ mamy mnogość ofert, to podejrzewam, że na nią stadion by się nie sprzedał.
Bardzo często pojawiają się pytania, dlaczego na Summer Jazz Days jest tyle koncertów bezpłatnych. Jest to oczywiście nienajlepsze rozwiązanie, ale publiczność nie ma takiej zasobności kieszeni, żeby pójść na wszystkie letnie imprezy. Dlatego, lepiej zrobić kilka koncertów bezpłatnych. Chociaż będziemy starali się ewoluować i jeśli publiczność będzie trochę bogatsza, to poszukamy innej formuły. Z tego też się bierze tzw. dywersyfikacja stylistyczna – kiedy robimy koncerty płatne, to też one nie są w jednym stylu. Gdyby tak zrobić pięć gwiazd jazzu akustycznego na Torwarze, to będzie to ta sama publiczność, która nie wytrzyma tego finansowo. Trzeba więc robić tak, że płatne koncerty są z różnej bajki, tak jak w tym roku Paco De Lucia, Herbie Hancock i Jamie Collum, by nie drenować jednej kieszeni.

Gdyby miał Pan możliwość zorganizowania koncertu marzeń, to kto by na nim wystąpił? Zakładamy oczywiście, że ma Pan nieograniczone pole manewru.

Jeśli pyta mnie Pan prywatnie, to nikogo z muzyki popowej bym nie chciał, ponieważ mnie to zupełnie nie interesuje. Jeśli chodzi o muzykę jazzową, którą się zajmuję, to faktycznie wszystkich, których można było, sprowadziliśmy. Są jakieś gwiazdy starszej generacji, które nie były w Polsce, ale nie mam kogoś takiego, kogo za wszelką cenę chciałbym sprowadzić. Ale jeśli chodzi o wyzwanie z branży jazzowej, to takim byłoby reaktywowanie grupy Weather Report, które się nikomu do tej pory nie udało i raczej się nie uda. To taka niespełniona rzecz dla organizatorów, ponieważ nie ma nic większego. Poza tym, to nie ma nic takiego. Mógłbym robić jakieś układanki, typu zespół marzeń z taką, a nie inną sekcją, ale to byłyby zabawy, z których wielka jakość artystyczna niekoniecznie by powstała.

A czego się możemy spodziewać na tegorocznym JVC Jazz Festival? (24-29.10.2006)

W tej chwili mamy już określone ramy festiwalu. Rozpocznie się on koncertem Branforda Marsalisa, a wystąpią również: Cassandra Wilson, Richard Bona, Mathhew Shipp – to raczej dla ortodoksów jazzowych, a także Joe McPhee, legenda awangardy jazzowej. Mamy również nagranego Ornette Colemana, ale cena jest tak wysoka, że jeśli nie będziemy mieli dodatkowego wsparcia, to będziemy musieli ten koncert przenieść, bądź zrobi go ktoś inny. Z polskich wykonawców zobaczymy m.in. Agnieszka Skrzypek z amerykańskimi muzykami, Drum Feraks oraz Piotra Żaczka. Zapowiada się naprawdę ciekawy festiwal. Zobaczymy tylko, czy będzie to JVC, czy znowu JVC/Jamboree, bo ten temat cały czas się rozgrywa.

Na koniec, chciałbym się odwołać do Pana jako fana muzyki. Gdyby miał Pan zachęcić do słuchania jazzu człowieka, który zna – tylko z telewizji – takich artystów jak Miles Davis, Louis Armstrong i Tomasz Stańko, to…

Generalnie, to jest bardzo proste. Wystarczy, że ktoś się trochę zna i zrobi fajną składankę utworów jazzowych – podejrzewam, że większości osób ta muzyka bardzo się spodoba. Po prostu ludzie nie mają styczności z tą muzyką albo mają ją przypadkową. Oczywiście, pierwsze zetkniecie ze zbyt trudnym jazzem, powoduje natychmiast awersję i odrzucenie. Dlatego, trzeba to robić stopniowo, a najlepiej byłoby mieć swojego opiekuna, który wiedziałby, czego taka osoba słucha i co lubi i powoli odpowiednią muzykę jej podawać. Bo jazz ma to do siebie, że trzeba się w nim połapać. To jest tak jak z Formułą 1, o której ostatnio wszyscy mówią, a której ja jestem fanem od lat. Na początku jak się ogląda jakiś wyścig, to wydaje się to głupie, bo jeżdżą w kółko – nie widzi się złożoności tego sportu. Dopiero, jak się to ogląda dłuższy czas i zaczyna się tym człowiek interesować, tak jak moja żona, która zorientowała się na czym to polega, i rozpozna się te wszystkie elementy taktyczne, to dopiero zaczyna się tym pasjonować. Podobnie jest z jazzem. Ale trzeba w to wejść pod kontrolą, bo inaczej można się do jazzu zrazić.

Dziękuję za rozmowę i życzę powodzenia w realizacji marzeń i planów.

Dziękuję.

Warszawa 2006


Na zdjęciach:

Mariusz Adamiak, fot. Archwium Mariusza Adamiaka
Vernon Reid w Fabryce Trzciny, fot. Rafał Nowakowski





Skrócona wersja wywiadu została opublikowana w październikowym numerze czasopisma "What's up in Warsaw"


 
B. Rzepczyński, 2006.08.22
opinie [0]
 
copyright NOWARZEPA © 2005-2018 Rafał Nowakowski & Bartosz Rzepczyński
Zapoznaj się z Polityką prywatności.
stat24.pl:
odsłony od powstania: 659415
webdesign s4studio.pl