FELIETONY  ·  RECENZJE PŁYT  ·  RECENZJE KONCERTÓW  ·  WYWIADY  ·  INNE TEKSTY  ·  KALENDARZ KULTURALNY  ·  INFORMACJE  
  Wywiady
  z Leszkiem ELDO Kaźmierczakiem
Z Eldo spotkaliśmy się w warszawskich Ogrodach Frascati. Pora była popołudniowa, w tle fontanna i niepoprawni zwolennicy picia alkoholu pod chmurką. Rozmawialiśmy nie tylko o jego nowej płycie "27",ale także o hiphopowej publicystyce, literaturze, mediach i stolicy.

Wiem, że twoją pasją jest literatura i kiedy zastanawiałem się od czego zacząć naszą rozmowę, pomyślałem, że warto cię spytać o ulubioną epokę literacką. Ale żeby nie było zbyt łatwo masz ograniczony wybór: romantyzm czy pozytywizm?

Pozytywizm. Ale lubię romantyzm. Jestem bardziej zbuntowanym idealistą niż zbuntowanym romantykiem. Dałeś mi trudny wybór, bo między romantyzmem a pozytywizmem wykształcił się jeszcze nurt nazywany naturalizmem, którego przedstawicielami są Emil Zola czy późny Victor Hugo. I właśnie do tego jest mi zdecydowanie najbliżej. Oskar Wilde we wstępie do „Portretu Doriana Graya” przedstawił takie tezy o sztuce: niechęć XIX w. do romantyzmu jest niechęcią Kalibana, który nie widzi swojej twarzy w lustrze, a wściekłość w stosunku do realizmu jest wściekłością Kalibana widzącego swoją twarz w lustrze. [Kaliban – przysłowiowy barbarzyńca, postać z „Burzy” Szekspira – przyp. BR]. Ja do tych kierunków literackich podchodzę bardziej historycznie. One się pojawiały jako naturalna konsekwencja myśli europejskiej w określonym czasie i w określonych warunkach. I tak naprawdę w każdej epoce są książki, które lubię czytać.

Gdybyś miał jednak wybrać to…

Na pewno bardziej pozytywizm niż romantyzm, bo mniej interesuje mnie to, jak można w bajkowy sposób kwiecistym językiem przedstawić rzeczywistość, bardziej interesuje mnie rzeczywistość odarta z tej kwiecistości. Taka, jaką ona naprawdę jest. Dlatego bliżej mi do pozytywizmu. Chociaż jest on dość moralistyczny, a nigdy specjalnie nie przepadałem za literaturą, która daje człowiekowi proste recepty i prawi morały.

Powiem szczerze, że nie jestem zaskoczony. Bo gdy czytam twoje teksty, to wychodzi z nich właśnie pozytywista: kult pracy, samodoskonalenie, wrażliwość na problemy społeczne, szacunek dla kobiet jako odpowiednik ówczesnej emancypacji.

(śmiech) No tak. Ale jeśli chodzi o kult pracy, to zależy. Ja absolutnie nigdy nie będę wyznawał kultu pracy fizycznej…

Nawiązując jeszcze do pozytywizmu i tego, że umówiliśmy się przy ulicy Prusa, to muszę ci powiedzieć, że niektóre twoje teksty kojarzą mi się z „Lalką”. Chodzi o te fragmenty, gdzie Wokulski udaje się na spacery po Warszawie, opisując ją z niemal kartograficzną dokładnością…

Tak, to prawda. U nas na języku polskim w liceum kartkówki z „Lalki” wyglądały w ten sposób, że trzeba było opisać jakąś wycieczkę z odniesieniami do miejsc z lektury. Zresztą, nie wiem, czy ludzie spoza Warszawy to wiedzą, ale księgarnia im. Bolesława Prusa, która jest na przeciwko Uniwersytetu Warszawskiego jest w tym miejscu, gdzie Wokulski miał swój sklep.

Zgadza się. Zresztą wspólna dla „Lalki” i wielu Twoich tekstów jest „warszawskość”. Czy Warszawa, poza przywiązaniem do miasta, w którym się urodziłeś, stanowi dla ciebie dodatkową wartość?

Tak. Z jednej strony, Warszawa jako miejsce mojego urodzenia stanowi wartość poprzez historię, którą dziedziczę. Dlatego, że moja rodzina jest z Warszawy i brała udział w różnych wydarzeniach, które miały tu miejsce. (Ale to akurat były raczej polskie obowiązki niż warszawskie, bo bronili polskości, a nie warszawskości.) Z drugiej strony, ja nie jestem jakimś specjalnym egocentrykiem pod względem miasta, nie uważam, że to jest ono najpiękniejsze czy najwspanialsze. Tylko jeśli jest tak, że przeżyłeś wszystkie lata swojego życia w tym mieście i wszystkie wspomnienia odnoszą się do konkretnych miejsc, ulic i budynków, to zaczyna to mieć dla ciebie troszkę większe znaczenie. Dlatego, że kiedy chcesz sięgnąć do pamięci i odnaleźć klimat tych chwil, to równie dobrze możesz tam po prostu pójść. I to jest taka łączność z miejscami, w których coś się w twoim życiu już wydarzyło, z którymi coś cię wiąże i podświadomie tę łączność odczuwasz. Tym jest dla mnie Warszawa. Ja bardzo lubię stąd wyjeżdżać, nawet na kilka tygodni, ale za każdym razem, gdy z samolotu widzę światła Warszawy albo wjeżdżam pociągiem na Dworzec Wschodni albo Zachodni, to się od razu wewnętrznie lepiej czuję.

Czujesz sentyment.

Tak, to jest sentyment związany z domem rodzinnym, z tym poczuciem bezpieczeństwa, z dzieciństwem. Poczucie, że tu czuję się jak u siebie.

Mówisz o dzieciństwie, co mocno łączy się z twoją nową płytą. Jest między nami niewielka różnica wieku i faktycznie to Maradona był dla nas królem piłkarzy, ale kiedy słucham utworu „Dzieciństwo” to mam mieszane uczucia. Bo gdybym był radykałem, mógłbym cię posądzić o apologię czasów PRL-u.

Nie, bynajmniej. Nie jest to żadne chwalenie PRL-u. To jest pokazanie rzeczywistości, z którą mieliśmy do czynienia i moim zdaniem to była całkiem fajna rzeczywistość. My nie mieliśmy alternatywy. Nie widzieliśmy PRL-u z dystansu, tak? Nie widzieliśmy świata zewnętrznego, bo niby gdzie? Ja nie miałem dostępu do telewizji satelitarnej, więc wiesz, „Sztandar Młodych”, „Świat Młodych”, „Trybuna”, dwa kanały telewizji publicznej i to wszystko. To jest raczej pochwała tego, że ten świat, jaki był wtedy, spowodował, że teraz żyjąc w zupełnie innych realiach zachowujemy stary dystans do świata. Że materia nie jest taka ważna, bo liczą się bardziej ludzie niż to, ile masz pieniędzy. W podstawówce, jeśli coś miałeś, to nawet jeżeli się tym chwaliłeś, to koledzy raczej ci nie zazdrościli, bo pozostałych dwadzieścia pięć osób w klasie miało to samo, co ty. Bawiliśmy się na podwórku w podchody, a nie grając w Play Station. Tak więc, jest to bardziej pochwała tego, w jakich czasach żyliśmy i jak nas wychowywano, niż tego, jaka to była rzeczywistość. A to była paskudna rzeczywistość. Rzeczywistość, w której człowiekowi zamykano usta. Nigdy nie będę chwalił PRL-u, pomimo, że część mojej rodziny była beneficjentem PRL-u, bo mój ojciec był oficerem Wojska Polskiego, ale z drugiej strony druga część rodziny została bardzo, bardzo przez PRL skrzywdzona. A dzieciństwo zawsze mi się będzie dobrze kojarzyło, bo mając sześć lat, człowiek nie myśli, że komuś zamykają usta, tylko o tym, że fajnie jest iść z chłopakami pograć w piłkę.

Czy to wyjątkowy utwór na płycie czy jeden z wielu?

Raczej jeden z wielu. Ja nie jestem jakoś specjalnie nostalgicznym człowiekiem, chociaż… Lubię odwoływać się do przeszłości i tam znajdować jakieś ciekawe rzeczy.

Lubisz pofilozofować.

Też.

Na pierwszej płycie Grammatika „Ep+” zastanawiałeś się, ilu krytykuje cię za filozofię w rymach („CHCWD”). Miałeś już wtedy świadomość, że twoja twórczość jest trochę inna od powszechnie przyjętego stereotypu hip hopu?

Miałem świadomość, że używam innego języka niż większość ludzi w tej kulturze. I tego, że używam innych metafor, innego obrazowania i mówię, o czym innym. Ale to była specyfika tamtych czasów. Myślę, że od tamtej pory bardzo wielu ludzi poszło ze swoimi rymami jeszcze dalej w metafizykę niż ja.

Ale nie masz poczucia, że ten rap, który ty proponujesz jest momentami przeintelektualizowany? Ktoś może nie wiedzieć, kto to jest Diogenes z Synopy, który mieszkał w beczce. [nawiązanie do tej postaci znajduje się w piosence „27” – przyp. BR]

Wiesz, jeżeli ktoś nie rozumie metafory beczki, która jest tak oczywista… Owszem, gdybym był Luisem Borgesem i pisał rzeczy, które czytając non-stop musisz odwoływać się do przypisów albo być omnibusem z kultury europejskiej, to rozumiałbym, że istnieje pewne niebezpieczeństwo. Ale jeżeli ktoś nie umie się doszukać tego, co oznacza beczka, to jest po prostu ignorantem. Przepraszam, ale nawet jeśli kogoś krzywdzę tym stwierdzeniem, to niestety, takie jest moje zdanie. Trzeba znać pewne symbole czy metafory, które stanowią istotną część kultury europejskiej – sceptycyzm jest jakimś „dzieckiem” tej beczki, ironia i sarkazm to też „spadkobiercy” beczki. Używam takich wzorców czy odniesień kulturowych, które są bardzo oczywiste. Ja znam ludzi, którzy nie mają z tym żadnego problemu. Słuchają moich płyt i nawet z „Człowiekiem, który chciał ukraść alfabet” nie mają kłopotów, choć tam ta symbolika jest zakopana dość głęboko. Jeżeli jest to dla kogoś za trudne, to…

… to ma nie słuchać? To Eldo nie jest dla niego?

Tak. I wtedy nie uważam, że to jest przeintelektualizowane. Bo przeintelektualizowane jest to, co jest jakimś bełkotem intelektualnym, a nie to, co jest po prostu intelektualnie trudne.

No dobrze, a w takim razie, jakiego hip hopu ty słuchasz? Kto oferuje podobny aparat pojęciowy, używa podobnego obrazowania?

Wiesz, ja nie muszę słuchać takiego hip hopu, jaki robię. Umiem posłuchać płyty Hemp Gru i docenić w tym jakąś fajną uliczną energię i umiem posłuchać płyty Łony i mieć poczucie spędzenia kilkudziesięciu minut z prawdziwym intelektualistą, który ma coś ciekawego do powiedzenia. Albo płyt Fisza, który jest rozemocjonowanym poetą. Naprawdę się nie zamykam i jestem w stanie słuchać bardzo różnych rzeczy, dlatego, że poza treściami, z którymi się identyfikujesz, ważne jest to, jak ten hip hop jest zrobiony. I są rzeczy, których ja nie mogę słuchać, np. Kanał Audytywny czy solowe produkcje l.u.c.a. z Kanału. Dużo bardziej wolę od tego coś takiego jak Hemp Gru, z którego treściami nie będę się zgadzał czy wręcz je negował, ale będę potrafił posłuchać tej płyty, bo będzie ona zrobiona fajnie muzycznie. A taki l.u.c., który może i nawet coś tam przemyci fajnego między wersami, to po prostu te jego wersy swoją melodyjnością dodaną do jakiejś paskudnej muzyki, której ja nie umiem słuchać, powodują to, że nie jestem stanie takiego kawałka posłuchać.

A tak a propos hip hopu ulicznego, to mam wrażenie, że „27” – pomimo swojej oczywistej poetyckości – jest dość ostra. Powiedziałbym nawet, że jak na ciebie, to wulgarna. Byłem tym trochę zaskoczony.

Zgadza się. Zdaję sobie sprawę, że w wielu momentach mogłem zaskoczyć. Ja się starzeję i ze swojego idealizmu zdążyłem sporo zgubić. I nawet, jeśli są wartości, których nigdy nie zgubię, to chcę albo mniej o nich mówić albo nie chcę używać pewnego rodzaju języka. Albo nie chcę o nich mówić w kawałkach hiphopowych. Dla mnie moje teksty z 1999, 2000 czy nawet z 2003 roku są bardzo pretensjonalne. W tej chwili czegoś takiego bym nie napisał. Uważam, że nie jestem już tym samym zbuntowanym dwudziestolatkiem, który chce i potrzebuje wyrzucić ze swojego języka wszelkie wulgaryzmy i kolokwializmy, by posługiwać się językiem literackim do opisania rzeczywistości, która jest brudna. Ja się zawsze od tego brudu w jakiś sposób izolowałem. I to był mój błąd. Dlatego, że życiowo nie byłem odizolowany od niego, a chciałem to zrobić artystycznie. Wielu ludzi może dziwić ta płyta. Ale ja nigdy nie ukrywałem mojej miłości do takiej łajdackiej i wulgarnej literatury jak Louis Céline czy Charles Bukowski. Ja jestem taki, jaki jestem na tej płycie. I to, kim jestem, staram się na każdej płycie zaprezentować, czy to była artystyczna eklektyczność „Człowieka, który chciał ukraść alfabet” czy bezkompromisowość „27”, to zawsze jest to część mnie. Artystycznie mam bardzo wiele twarzy. A i tak moim demonem przeszłości jest płyta Grammatika „Światła miasta”…

… no wiesz, nagraliście z Juzkiem płytę, która – parafrazując tekst „Styl flow oryginalność” – jest klasykiem dla ludzi!

Tak, tylko mam wrażenie, że ci ludzie nic więcej ode mnie nie chcą usłyszeć. Może lepszym rozwiązaniem byłoby, gdybym mając lat 21 zakończył karierę albo, gdyby mnie zastrzelił jakiś szalony fan „Świateł miasta”, żeby Eldoka już nic nie zrobił!

A wiesz, jak by skoczyła sprzedaż płyt? Martwi artyści się lepiej sprzedają. (śmiech)

(śmiech) Tak, ale martwi artyści są martwymi artystami. A mnie bardziej interesuje żywy artysta. Na przykład, nie słyszałem żadnej płyty 2 Paca wydanej po jego śmierci. Bo nie umiem posłuchać takiej płyty. Podobnie było z czytaniem Franza Kafki. Jak wiemy, Kafka kazał swojemu przyjacielowi Maksowi Brodowi spalić to, co napisał. I moim zdaniem, nawet jeżeli ludzkość ucierpiałaby na tym, to Brod powinien te rzeczy spalić. Dlatego, że to było życzenie jego przyjaciela. Ja bym tak zrobił.

Wiesz, to nie jest takie jednoznaczne. Wybór między dobrem sztuki, dobrem ogólnoludzkim, a ostatnim życzeniem…

A widzisz. Moim zdaniem książka w księgarni jest wartością ogólną. Moje notatki w szufladzie są moje. Książki Kafki w szufladzie Kafki są jego. On miał prawo z tym zrobić wszystko, co mu się podobało. Jeżeli zdecydowałby się na ich wypuszczenie, to by to zrobił. Dlatego ciężko jest mi czytać Kafkę, choć jest fantastycznym pisarzem.

I znów wróćmy z naszych literackich dygresji do płyty. Powiedziałeś przed chwilą, że gubisz idealizm, ale uważam, że nie do końca. Wciąż jest go sporo w twoich tekstach, chociażby poprzez „punk rockowy” bunt przeciwko rzeczywistości. Na przedostatniej płycie mówisz: „Ktoś promuje ten styl życia nachalnie/ Odnieś sukces, miej ambicję, dobrą pracę/ Pnij się po drabinie hierarchii społecznej/ Kupuj i gromadź żebyś miał coraz więcej/ Domek, samochód, na parkingu firmy miejsce/ Często się uśmiechaj, ciało trenuj na fitnessie” („Opakowani w folię”). Z jednej strony krytykujesz wyścig szczurów i materializm, ale z drugiej w kawałku „Szyk” epatujesz markami dla „prawdziwego hiphopowca”: „białe Airmaksy i dresy Lacoste” kontra „buty Ferrari i różowe bojówki” tych którzy „zajarali się Beckhamem i latają z irokezem”.

Ja się nie śmieję z tego, że ktoś „chodzi” w markach. Ja się śmieję z tego, gdy w czyimś życiu marki zaczynają decydować o tym, jakich ma kolegów. Wtedy marki zaczynają być groźne. Bo nie ma nic złego w tym, że człowiek, którego stać na ubrania Lacoste kupuje rzeczy tej firmy. Jeżeli kogoś stać na Bentleya, to niech nim jeździ. Nawet jeśli stać go na wykupienie Łazienek Królewskich i urządzenie tam parkingu dla swoich tirów, to niech to robi.

Przecież to zabytek!

No tak. Ale ja jestem za pełną wolnością. O tym, kim jesteś, decydują ważniejsze rzeczy niż to, ile masz pieniędzy, jaki masz kolor włosów i jakiej muzyki słuchasz. A ten bunt, o którym mówisz, to jest dla mnie raczej bunt o wolność. O to, by człowiek mógł wybierać. Żeby oglądając reklamę w telewizji, wiedział, że wciskają mu kit. Żeby oglądając „Wiadomości” miał świadomość kontekstu newsów. Każdy z nas jest konsumpcjonistą. Ty masz dyktafon Sony, kurtkę Navy i kalendarz jakiejś firmy. Nie jesteśmy w stanie się od tego uwolnić. Nawet zbuntowani offowcy, którzy mieszkają w Bieszczadach, to ludzie, których na to stać.

Czyli przyznajesz, że masz w sobie bunt? A bunt to idealizm.

Tak, ale to jest bardziej związane z tym, że żyjemy w świecie, który wszystko spłyca. W świecie, w którym mało rzeczy zasługuje na powagę. W którym wiele rzeczy jest porozmywanych, a wartości stają się kolorowe, a nie czarno-białe. To jest raczej bunt przeciwko temu, że świat w XXI wieku wygląda paskudnie i stwarza ludziom okazję do tego, żeby się psuli.

A co powiesz o buncie wobec polityki, jaki pojawił się na nowych płytach O.S.T.R. „HollyŁódź” Ostrego i Masali „Obywatele IV RP”, które odbiły się szeroki echem nie tylko w światku hiphopowym. I jedni i drudzy wymieniają rządzących z nazwiska, krytykując ich poczynania. Co myślisz o takiej doraźnej publicystyce?

W wydaniu Masali uważam to za O.K. W wydaniu Ostrego jest to dla mnie demagogia.

Dlaczego?

Bo to jest takie narzekanie na wszystko. Jeżeli chcę posłuchać kogoś, kto powie o politykach coś, co jest intelektualne, a nie demagogiczne, to wtedy posłucham Łony. Moim zdaniem, Ostry – pomimo całego szacunku dla jego osoby – mówi o politykach w stylu Szymona Majewskiego. Wyśmiewanie polityki poprzez nazwanie prezydenta kaczką. To jest oczywiste i bardzo łatwe – nawet nie trzeba się nad tym głębiej zastanowić. Leci po schematach typu Giertych to oszołom, Lepper to ekstremista, Kaczyński to Gomułka. Wiesz, zawsze się śmiałem z rastamanów gadających o rewolucji. Bo jak widzę rastamana, który nie wie, co się dzieje, jest w jakimś kosmosie, to wiem, że taki człowiek rewolucji nie zrobi. Hiphopowiec na płycie powinien dać sobie spokój z Sejmem. Bo jaki udział w naszym życiu hiphopowców-artystów ma Jarosław Kaczyński? Jeżeli ja, muzułmanin w Polsce, nie jestem prześladowany, to za co Ostry jest prześladowany? O ile bunt w stosunku do obecności Amerykanów w Iraku i Afganistanie, Rosjan w Czeczenii czy Chin w Tybecie jest uzasadniony, to bunt przeciwko demokratycznie wybranym władzom w Polsce jest śmieszny.

Ale bunt przeciwko głupocie – niezależnie, co by nią było w ocenie twórcy – jest chyba sensowny?

No taaak, ale Ostry robi to od sześciu płyt i opowiada te same rzeczy. Ja mam dość słuchania w muzyce o Lepperze. Ja chcę posłuchać, co Ostry czuje. A nie, jakie ma zdanie na temat Parady Równości. Zostawmy to publicystom i kabaretom politycznym. Po co zaglądać do nocnika? Z nocnika przecież śmierdzi.

Chcesz powiedzieć, że nie miałeś nigdy pokusy, by skomentować jakieś bieżące wydarzenia? Ochoty, by powiedzieć, że rząd jest niedobry, a minister X jest durniem?

Nie. Mam ochotę powiedzieć: nie mordujcie ludzi. Albo: nie bombardujcie biednego kraju. Albo: nie produkujcie bomb jądrowych.

I pewnie jeszcze: media grajcie polski hip hop. (śmiech) Często narzekasz na przemysł muzyczny i media („dobre płyty wciąż wychodzą/ chociaż media nie widzą chociaż media się wstydzą/ grać muzykę trochę inną niż ta łatwa” - „Noc rap samochód”), a twoja płyta zadebiutowała na 6. miejscu na OLISie [Oficjalna Lista Sprzedaży płyt – przyp. BR], a „Dzieciństwo” było piosenką dnia w radiowej Trójce. To chyba nieźle?

Oczywiście, że media wstydzą się rapu. Media w 2003 czy w 2004 r. wymyślają nagrodę Superjedynki w kategorii hip hop, kiedy hip hop jest od 28 lat, a telewizja przypomina sobie o nim dopiero wtedy, dając nagrodę Verbie, zespołowi, który z hip hopem ma niewiele wspólnego. [Superjedynki to konkurs w ramach Festiwalu Piosenki Polskiej w Opolu organizowany od 2000 r., kategoria hip hop pojawiła się w roku 2005, a nagrodę zdobył Doniu, a rok później Verba – przyp. BR] Hiphopwocy są akceptowani w telewizji publicznej tylko wtedy, kiedy trzeba się wypowiedzieć na jakiś ważny temat i ma być to młody artysta, który ma coś do powiedzenia, bo Doda nic ciekawego nie powie. No to wtedy zapraszają hiphopowców, bo część z nas to naprawdę inteligentni ludzie. Nasza muzyka jest dla mediów zbyt brutalna, zbyt bezpośrednia, a my zbyt chamscy, ale zauważają nas dopiero wtedy, gdy jesteśmy potrzebni. Wojuję z tym, że rap istniej w telewizji publicznej tylko wtedy, gdy jest nagrana płyta o Bogu, czy w związku z Powstaniem Warszawskim.

Patrząc na promocję „27” i twoją obecność w mediach musisz chyba przestać narzekać. Tym bardziej potwierdza się trafność wyboru wytwórni UMC.

No tak, promocyjnie i sprzedażowo był to dobry ruch. W obecnej sytuacji, kiedy płyty sprzedają się w bardzo małych nakładach, to obecna sprzedaż na poziomie 7 tys. jest sukcesem.

Czujesz się częścią rynku muzycznego?

Muszę się czuć, bo wydaję płyty w wytwórniach: dwie płyty w T1 (EMI Music), dwie w Embargo Nagrania (ITI) i byłem zapraszany do programów w Polsacie czy TVN. Ale uważam jednocześnie, że są lepsze i gorsze elementy układanki.

Ty jesteś w tym lepszym?

(śmiech) Nie mi to oceniać, naprawdę.

Warszawa, 13.04.2007 r.

Fot. Rafał Nowakowski, www.nowakowski.art.pl
B. Rzepczyński, 2007.04.13
opinie [0]
 
copyright NOWARZEPA © 2005-2017 Rafał Nowakowski & Bartosz Rzepczyński
Zapoznaj się z Polityką prywatności.
stat24.pl:
odsłony od powstania: 624911
webdesign s4studio.pl